Wieczorem podjechaliśmy pod stary dworek na skraju wsi Złotniki, kiedy niebo już przybierało niebieskawy odcień, lecz nie zgasło jeszcze zupełnie. Silnik auta zaszurał, zgasł i wokół zapadła niebywała cisza. Jedynie wiatr huczał w podwórzu, przemieszczając suche liście i szeleszcząc w wysokiej trawie.
Ależ to piękność rzucił Szymon, wyciągając z bagażnika plecak. Raj dla ludzi z mocną psychiką.
Dla osób po czterdziestce, które nie mają pieniędzy na prawdziwy kurort dodała Katarzyna, przyglądając się domowi. Spójrz tylko.
Dom zdawał się pochylić, choć przy bliższym spojrzeniu ściany stały prosto. Dach miejscami porosły mchem, poddasze było zakorkowane deską od wewnątrz, a w jednym z okien pierwszego piętra brakowało szyby; kiedyś zasłoniła ją foliowa folia, już połamana i trzaskająca na wietrze.
To już prawdziwy klimat zauważył Michał, stukając w drzwi auta. Pamiętacie, jak w szkole biegaliśmy tutaj? Dzień się bało podejść, a wieczorem miał wrażenie, że ktoś stoi przy oknie.
To ty się bałeś odpowiedziała Jadwiga, poprawiając szalik. Ja tu nigdy nie byłam. Mama wciągała mnie do domu po zmierzchu.
Szymon uśmiechnął się. Miał czterdzieści dwa lata, plecy bolały od drogi, a w skroniach dzwoniło jakby w nocnym zamyśleniu. Myślał o tym, jak kiedyś mogliśmy iść tutaj pieszo z drugiej strony wsi, śmiejąc się, niosąc nasiona słonecznika i tanie napoje, i nikt nie narzekał na krzywy kręgosłup.
No to co, wycieczka po tej posiadłości uderzył w dłonie. Kto jest naszym głównym jasnowidzem?
Ty odparła Katarzyna. To ty wpadłeś na pomysł, żeby pojechać.
Rzeczywiście to on wpadł na ten pomysł. Gdy w ich grupowym czacie padła rozmowa o wyjeździe na weekend, żartobliwie wrzucił zdjęcie starego dworku z podpisem: Jedziemy po duchy. Fotografia pochodziła z lokalnego forum, na którym ktoś pisał, że dom jest pusty od lat. Żart się spodobał, a potem okazał się jedyną realną opcją. Ośrodki wypoczynkowe były drogie, działki zajęte, a dalszy krewny Michała pośrednio zapewnił, że dom jest prawnie bezpański, opuszczony i nikt nie będzie miał nic przeciwko naszej nocy.
Zbliżyliśmy się do drzwi. Z wnętrza wyczuwał się wilgoć i stary zapach drewna. Nie było kluczy, zamek dawno wyważono. Szymon popchnął drzwi ramieniem niechętnie ustąpiły, a pył spadł jak zasypała się zasłona.
Boże, wyszeptała Jadwiga. Czujemy się, jakbyśmy wtrącili się w czyjeś życie.
Wewnątrz było chłodno, pachniało gnijącym drewnem, kurzem i starą tynką. Szymon wciągnął powietrze głęboko, poczuł suchość w gardle. Podłogi skrzypiały, ale trzymały. Na gwoździu w przedpokoju wisiała podniszczona płaszcz, pod nim rdzewiejące klucze, a obok para niepasujących do siebie butów.
No i mamy klimat zauważył Michał.
Szliśmy dalej do dużego pokoju. Ściany były odłogowane, w niektórych miejscach wystawały stare, kolorowe tapety. W rogu stał zniszczony kanapa z wgniecionym materacem, przykryta szarym, zakurzonym kocem. Obok stół, na którym leżały żółte, pogniecione kartki.
Katarzyna podeszła do okna, dotknęła ramy. Drewno było szorstkie, farba odłogiła się.
Jeśli tu wszyscy zachorujemy, zabiję cię rzuciła w stronę Szymona, a w głosie brzmiała znajoma ironia.
Mam apteczkę odparł Szymon. I nie śpisz w namiotach.
Stara domowa atmosfera przygniatała go, choć wydawało się to jedynie zwykłym, zaniedbanym budynkiem. Stał na skraju naszego dzieciństwa, więc sprawiał wrażenie osobistego.
Rozłożyliśmy się. Michał z Jadwigą wyciągnęli z auta śpiwory i dmuchane materace, Katarzyna wyjęła plastikowe naczynia, termos z zupą i kanapki z serem. Szymon sprawdził, czy w domu są gniazdka, i z ulgą odkrył jedno działające. Podłączył przenośny akumulator lampka pod sufitem zabłysła żółtym blaskiem.
O, cywilizacja zauważyła Jadwiga.
Jedząc przy stole, zaczęliśmy rozmawiać o pracy, dzieciach, kredytach, wiadomościach. Śmiech brzmiał nieco za głośno, jakbyśmy próbowali zagłuszyć echo domu.
Kto tu kiedyś mieszkał? zapytała Katarzyna, odgryzając kanapkę. Pamiętam tylko, że straszyli nas, że to jakiś maniak.
To nie był maniak odparł Michał. Jeden facet mieszkał sam. Żona zmarła, syn gdzieś zniknął. Potem stracił zdrowy rozum.
To twoja wymyślona wersja, czy oficjalna? dopytał Szymon.
Ojciec opowiadał: nie wchodźcie tam, właściciel jest zły, wszystkiego pożre. Potem go Michał zmrużył oczy, wspominając. Nie pamiętam już dokładnie.
Jadwiga przycisnęła twarz w poduszkę. Niedawno straciła matkę; pogrzeb był ciężki. Czuliśmy, że trzyma się każdej drobnej rzeczy, by się nie rozpaść.
Dobra, otwórzmy nasz własny festiwal strachu. Po jedzeniu wycieczka po domu. Znajdziemy strych, piwnicę, pokój z krwawymi napisami. Kto pierwszy krzyknie, ten zmywa naczynia zaproponował Szymon.
Katarzyna wzruszyła brwi.
No tak, wymyśliłeś wymówkę.
Kiedy najedliśmy się i trochę się ogrzaliśmy, wzięliśmy latarki i ruszyliśmy zwiedzać. Szymon szedł pierwszy. Korytarz był ciemny, lampa nie dochodziła tak daleko. Ściany z odpadniętą farbą, krzywe lustro, w którym odbijały się nasze sylwetki. Na podłodze leżał stary dywan, w niektórych miejscach przetarty po dziury.
Tu można kręcić film, szepnęła Jadwiga.
Już kręcimy, odpowiedział Michał, podnosząc telefon.
Pokoje były podobne do siebie: puste szafy, gołe ściany, porozrzucane stare gazety, połamane talerze. W jednym ze ścian wisiał wyblakły kalendarz z widokiem morza, datowany prawie dwadzieścia lat temu.
Wyobrażacie sobie, że codziennie patrzył na to morze? powiedział Szymon. I nigdzie nie wyjechał.
Katarzyna spojrzała na niego uważnie.
Tak jak my, zauważyła.
Szymon wzruszył ramionami. Kiedyś marzył wyjechać z wsi, potem z miasta, a w końcu z kraju. Został w małym urzędzie, licząc cudze pieniądze. Czuł się jak ten stary kalendarz, którego nikt nie odwraca.
Strych nie znalazli od razu. Drabina schowana była za drzwiami w wąskim korytarzu. Drewniane stopnie skrzypiały, ale trzymały. Na górze było ciemno, pachniało kurzem i ciężką wilgocią.
Uważajcie, żeby coś nie runęło, ostrzegł Szymon wchodząc. Nie ponoszę za to odpowiedzialności.
Strych był niski, z pochyłym dachem. Między krokwiami wisiały pajęczyny. Wzdłuż ścian stały pudła, stare walizki, deski.
To jak cmentarz cudzych rzeczy zauważył Michał.
Katarzyna podeszła do najbliższego pudła i pochyliła się.
Są tu książki i zeszyty powiedziała. I notatniki.
Szymon oświetlił je latarką. W pudełku faktycznie leżały podniszczone książki, szkolne zeszyty, gruba zeszyt w kratkę związany sznurkiem.
O, skarb! wykrzyknął. Znalazłem coś cennego.
Wyciągnął zeszyt, sznurek łatwo się rozwiązał. Na okładce, pisakiem kulkowym, widniało: Dziennik. 1998. Pismo było nieładne, trochę dziecinne, ale litery były duże.
No i co dalej? zapytała Jadwiga.
Nic, to tylko zeszyt odparł Szymon, choć w środku coś się ściśnięło.
Zeszyt otworzyli. Na pierwszej stronie było imię: Sergiusz. Nazwisko rozmyło się od wilgoci.
Czytaj, zachęcił Michał.
Szymon przełknął ślinę i przeczytał głośno:
10 marca. Dziś znów pokłóciłem się z ojcem. Powiedział, że jestem leniwy i nic nie osiągnę. Ja mu powiedziałem, że wyjdę z domu, kiedy skończę osiemnaście lat. Śmiał się i rzekł, że nie będzie gdzie pójść. Nie wiem, co robić. Czasem czuję, że tu utknąłem na zawsze.
W pokoju zapanował nieco ciszy. Nawet wiatr zdawał się na chwilę uciszyć.
Ależ to prosto z lat dziewięćdziesiątych zauważył Michał.
Dalej szepnęła Jadwiga.
Kolejna strona była pełna rozmazanych liter i pośpiesznych zapisków:
15 marca. Mama znowu płakała w nocy. Słyszałem to przez ścianę. Chciałem wejść, ale nie wszedłem. Potem zapewniła, że wszystko w porządku, a ja wiedziałem, że nie tak. Tata wrócił pijany, krzyczał, rzucał przedmiotami. Dziś rozbił kubek o ścianę. Okruchy wciąż leżą na podłodze.
Katarzyna zadrżała. Szymon zauważył, że jej dłonie zacisnęły się na krawędzi stołu. Wiedział, że w jej dzieciństwie także był ojciec, który wracał domu pod alkoholem i krzyczał. Rzadko o tym mówiła, ale od czasu do czasu wypływały wspomnienia.
Może już wystarczy? zapytała Katarzyna. Nie przyjechaliśmy tu na terapię.
Poczekajcie, jeszcze trochę powiedziała Jadwiga. Nie dajcie się.
Szymon wahał się między ciekawością a poczuciem winy, jakby czytał cudze listy. Zeszyt leżał przed nim, a słowa ciągnęły go dalej.
Kolejne zapisy opowiadały o szkole, o przyjaciołach, o chęci wyjazdu do miasta, o ojcu, który twierdził, że cała rodzina pracuje w fabryce i że i on pójdzie tam. Matka milczała, a nocą płakała. Sergiusz pisał o młodszym bracie, który chorował i leżał w szpitalu, a ojciec uważał to za karę za grzechy.
To chyba nas wszystkich, przerwał Michał. Nie dosłownie, ale…
Szymon skinął. Każdy z nas nosił podobną historię: rodzice, którzy przenosili swoje urazy, dzieci, które marzyły o ucieczce, a potem zostawały.
Wiatr za oknem wzmocnił się. W korytarzu coś trzaskało. Jadwiga drgnęła i nerwowo się uśmiechnęła.
To dom mówi, zażartował Michał. Nie podoba mu się, że czytamy jego sekrety.
Bardzo zabawne mruknęła Katarzyna.
Następna strona była większa, pismo wyraźniejsze, jakby autor się spieszył:
24 kwietnia. Dziś lekarze powiedzieli, że bratu nie będzie lepiej. Mama poszła do toalety i nie wróciła dwadzieścia minut. Tata stwierdził, że to wszystko moja wina. Gdyby mnie nie było, wszystko byłoby inaczej. Wiem, że to nieprawda, ale tak boli.
Szymon poczuł, jak ściska mu się gardło. Przestał czytać na głos, przetrząsnął palcami kartki. Wewnątrz wszystko odbijało się. Wina, której nie powinno się nieść, ale która żyje w nas.
Co dalej? zapytała Jadwiga. Co tam jest?
Nic, zwykłe sprawy odparł Szymon. Nic szczególnego.
Dajcie mi to powiedziała Katarzyna, sięgając po zeszyt.
Nie oddał go od razu. Chciał zatrzymać teZamknąwszy zeszyt, odłożyłem go na bok i z ciężarem wszystkich cudzych i własnych wspomnień ruszyłem w stronę samochodu, wiedząc, że nigdy nie wrócę do tego domu tak, jakby to było jedynie chwilowe odbicie przeszłości.



