Jadwiga już nie czuje bólu w duszy, już nie płacze.
Po tragicznej śmierci męża Kazimierza postanowiła opuścić miasto, w którym wszędzie pachniało jej przeszłością. Mieszkała z nim zaledwie osiem lat, a nieszczęśliwy wypadek przerwał mu życie. Jadwiga sądziła, że nigdy nie odzyska równowagi, pozostawiona sama z synem Szczepanem.
Dziewczyny, zamierzam rzucić wszystko i wyjechać do wsi mówiła dwóm przyjaciółkom, które odwiedzały ją w domu. Nasz rodzinny dom stoi pusty, rodzice już dawno odeszli. Nie mogę chodzić po tych ulicach, przebywać w mieszkaniu. Kazimierz jakby wciąż był przy mnie, czasem nawet z kąta zauważam cień, a gdy się odwracam, nikogo nie ma. Co to może być?
Jadwigo, nie wiem, czy dasz radę żyć na wsi. Dorastałaś tam, a teraz mieszkasz w mieście, wszystko masz już poukładane wątpiła jedna z nich.
W wiosce też jest szkoła, będę uczyć odpowiedziała stanowczo Jadwiga.
To będziemy cię odwiedzać, gdy przyjedziemy dodała druga przyjaciółka, po czym obie roześmiały się.
Od pięciu lat Jadwiga i Szczepan mieszkają w małym domku na skraju wsi, przy samym lesie. Pracuje w miejscowej szkole, wioska ją przyjęła, bo jest tu rodzinna tu się urodziła.
Zima tamtego roku była mroźna, a druga połowa grudnia przyniosła śnieżycę i zamieć. Zbliżał się Nowy Rok, zostało tylko siedem dni, kiedy późnym wieczorem rozszalała się burza, wiatr potrząsał chatą, a w środku było ciepło i przytulnie. Jadwiga i Szczepan lubili takie wieczory gdy na dworze szaleje zima, a przy stole pije się gorącą herbatę z ziół.
Mamo, chyba ktoś puka do drzwi odezwał się Szczepan.
To pewnie wiatr odpowiedziała, lecz po chwili usłyszała cichy stukanie i wyszła na przedsionek. Kto tam?
Proszę otworzyć rozległ się słaby, przytłumiony głos.
Nie było strachu, lecz nie mogła pojąć, kto w taką pogodę może przyjść pod ich dom, położony na uboczu przy lesie. Otwierając drzwi, ujrzała mężczyznę w śniegu, który ledwo utrzymał się na nogach i powoli spadł na drzwiowy próg. Zadzwoniła do syna.
Czy to pijany? pomyślała pierwsza myśl. Nie ważne, nie pozwólmy mu zamarznąć.
Wspólnie wciągnęli go do środka, gdzie mężczyzna rozłożył się na podłodze, ledwo powstrzymując jęki. Jadwiga i Szczepan przyjrzeli się mu ubiór wskazywał, że był leśniczym, lecz nie miał przy sobie strzelby.
Zamieszanie wzięło górę, nie była lekarzem, a w zamieci nie przyjechała karetka. Po kilku minutach mężczyzna przewrócił się na plecy i otworzył oczy. Prawa noga była podarta i krwawiła.
Kim jesteście, co się stało? spytała cicho Jadwiga.
Przepraszam, proszę wytłumaczył, a oni zdjął mu kurtkę. Spojrzał na nich błagalnymi niebieskimi oczami i Jadwiga zadrżała, nie wiedząc, czy zdoła mu pomóc.
Jadwiga przyjrzała się ranie nie było złamania, jedynie otwarta krawędź, z której tryskała krew. Mogła ją opatrzyć, co przyniosło jej ulgę. Usiadła go przy piecu, przytrzymała przy ścianie, a mężczyzna spojrzał na swoją nogę i lekko się uśmiechnął.
Nazywam się Wojciech, przepraszam, że wdarłem się nieproszonym gościem przedstawił się.
Ja jestem Jadwiga, a to mój syn Szczepan przedstawiła się.
Ja sam lekarz, widzę, że rany nie są groźne, po prostu straciłem siły i krew.
Jadwiga westchnęła z ulgą, bo lekarz potrafił sam sobie pomóc. Po opatrzeniu i związaniu, Wojciech poczuł się lepiej, usiadł przy stole i wypił herbatę z melisą i malinowym dżemem.
Rozmawiali długo, a noc już zbliżała się do północy, kiedy Wojciech zapytał:
Czy nie jesteście zamężni?
Nie, mój mąż zginął w wypadku, wyjechałam z miasta pięć lat temu i nie mogłam tam żyć. Tu, w tej wiosce, mam dom rodziców, odetchnęłam. Martwiłam się, że Szczepan nie polubi wsi, bo dorastał w mieście, ale szybko się przystosował, zaprzyjaźnił się z chłopcami z okolicy i jest już częścią tej społeczności odpowiedziała Jadwiga, a Szczepan już zasnął.
Nie tęsknisz za miastem? dopytał Wojciech.
Nie, tu cicho, przyzwyczaiłam się do spokoju, uczę w szkole języka polskiego i literatury. A wy pracujecie w szpitalu? spytała.
Nie odparł Wojciech. W czterdziestym roku odszedłem z wojska, miałem już służbę. Matka bardzo zachorowała, wróciłem do wsi, by się nią opiekować. Zostałem leśniczym, trochę pracowałem, ale matka zmarła. Potem wróciłem do miasta, otworzyłem aptekę, prowadzę interes i planuję otworzyć jeszcze jedną. Ostatnio jednak dręczą mnie niepokojące myśli, być może po stracie matki, może coś innego. Po prostu dusza boli.
To naturalne otarła rękę Jadwiga. Śmierć bliskiego zostawia w nas ślad.
Wojciech przyznał, że przyjaciele radzą mu iść do psychiatry, ale on śmieje się z nich. Zdecydował się przyjechać w te tereny, polować, wędrować po lesie to go uspokajało. Kiedy był leśniczym, natknął się na stado dzików, jeden go porąbał, od tego i rana w nodze. Pokazał na opatrzoną kończynę. Dobrze, że miał przy sobie strzelbę, choć nie wie, czy trafił. Przynajmniej stado już nie wróciło, a on dotarł do domu Jadwigi, zostawiając broń przy progu.
Dobrze, już późno, przygotowałam ci miejsce przy piecu, dobranoc powiedziała Jadwiga.
Rano Wojciech miał wysoką temperaturę, rana nie zagoiła się. Nie udało mu się dokończyć podróży. Zamieć już się uspokoiła, a Jadwiga i Szczepan odnaleźli w lesie porzucony samochód, prawie zakopany w śniegu, nieopodal domu.
Będę musiał leczyć się sam rzekł Wojciech, wskazując na apteczkę w samochodzie.
Dziadku Wojciechu, pomożemy wykopać auto, przynieśmy apteczkę zaoferował Szczepan.
Apteczka dotarła w całości. Przez kilka dni Wojciech leczył się, grał w szachy ze Szczepanem, a gdy poczuł się lepiej, planował wrócić do miasta. Do Nowego Roku zostały trzy dni.
Jadwiga nie zadawała pytań, rozumiała, że musi wyjechać, słyszała go rozmawiającego przez telefon i kojarzyła wyjazd z tymi rozmowami.
Przed odjazdem zapytała:
Czy dalej dusza boli?
Wojciech pakował rzeczy, spojrzał w oczy i odpowiedział:
Teraz płacze wyszedł, wsiadł do swojego samochodu terenowego i odjechał.
Po jego wyjeździe w domu zapanowała cisza, Jadwiga poczuła, że czegoś jej brak. Nie dawała się wciągać w nieprawdziwe nadzieje, po prostu przyjęła, że podziwiała Wojciecha, prawdziwego mężczyznę, przy którym czuła się bezpiecznie, ale niczego nie oczekiwała.
Zamiecie wciąż szalały, lecz nie tak silnie, wiatr przygasał, śnieg padał jedynie od czasu do czasu.
Wszystko będzie dobrze myślała Jadwiga. Dobrze, że Wojciech został z nami tylko na chwilę, bo inaczej trudniej byłoby go zapomnieć.
Wojciech nie zadzwonił, choć obiecał, że po przybyciu do miasta da znać.
Ma swoje sprawy w mieście, a tutaj miał małą przygodę podsumowała Jadwiga, nie czekając na telefon.
Nadszedł Nowy Rok. Trzydziestego pierwszego grudnia rano Jadwiga wsiadła w swój stary samochód, pojechała do pobliskiego marketu i kupiła jedzenie i słodycze za pięćdziesiąt złotych, by przygotować się na świąteczny stół, choć była tylko we dwoje. Zawsze tak robili choinkę już ubrała.
Wieczorem znów rozdarła się zamieć, a ona cieszyła się, że zdążyła przed nią jechać do miasta. Szczepan nakrywał stół, zapalił lampki na choince.
Mamo, ktoś puka zapytał syn.
To tylko wiatr, chyba się pomyliłeś odpowiedziała, lecz usłyszała delikatny stuk.
Za progiem stał rozświetlony Wojciech z torbami w rękach.
Proszę wszedł bez czekania, wpadł do przedsionka i potem do domu.
Szczepan wykrzyknął z radości:
Hurra, wspaniale, wujku Wojciechu!
Wojciech podszedł do zdezorientowanej Jadwigi i pocałował ją w usta, słysząc bicie jej serca, drżąc jak chłopiec.
Szczepanie, Jadwigo, może trochę pośpieszę, ale zdałem sobie sprawę, że nie wyobrażam sobie życia bez was wyciągnął z kieszeni małe pudełko z pierścionkiem. Jadwigo, wyjdziesz za mnie?
Czy to wszystko pojechałeś do miasta? zapytała, a on skinął głową z uśmiechem.
Szczepan patrzył na matkę z nadzieją, ona odwzajemniła spojrzenie i skinęła.
Zgadzam się, ale nie mogę odejść.
Nie musisz. Ja zostaję tutaj, i tak mi się podoba, a leśniczy też się przyda zaśmiał się Wojciech. Do miasta będę jeździł, by prowadzić interes, a wy tu macie mój dom. Jadwiga przytuliła się do jego ramienia.
Czas mijał. Teraz Szczepan ma dziesięć lat, a później studiuje. Jadwiga i Wojciech mieszkają w tej wiosce, zbudowali duży dom, a jego dusza już nie boli, nie płacze, wokół tylko miłość i radość.



