ROZLOOKAJ SIĘ WKOŁO!

Wojciech Kowalski zostaje sam w domu. Żona, Marzena, wyjeżdża w delegację, a ich córka Jagoda spędza noc u rodziców. To dla niego niecodzienna sytuacja. Marzena rzadko podróżuje, ale koleżanka zachorowała, więc musiała pojechać podpisać ważny kontrakt w swojej firmie. Wojciech odwozi ją na dworzec i wraca do mieszkania.

W drodze powrotnej przypomina sobie, że dziś nie ma nic do jedzenia. Marzena wyjechała, więc sam musi przygotować kolację. Mógłby zadzwonić po pomoc do rodziców, ale wtedy Jagoda wróciłaby do domu, a ona ma lekcje, bieganie i skakanie po mieszkaniu bez matki niczego nie da się odpocząć. Praca w biurze przedświątecznie przytłacza, więc decyduje się sam wyjść na zakupy.

Najpierw myśli o zamówieniu jedzenia, ale w końcu kieruje się na najbliższy Biedronka. Nie przepada za zgiełkiem sklepowym, ale i tak wchodzi. Ludzie pakują wózki, pędzą do kas i niecierpliwie czekają na swoją kolej. Wojciech ustawia się w jednej z nich z półpełnym wózkiem i parą puszek ciemnego piwa.

Spokojny wieczór miał być okazją do leniwego odpoczynku. Przed nim pojawia się mała, delikatna starsza kobieta w starej ciemnej kurtce i pomarańczowej chustce, która ciągle się potyka, a Wojciech cierpliwie jej pomaga. Gdy przychodzi jej kolej, przy kasie pojawia się bułka, pudełko cukru w kostkach, ser topiony, kilka torebek kaszy i reszta potrzebnych produktów.

Kobieta kładzie na małej tacy pieniądze, a kasjerka z wyczerpanym wyrazem twarzy przelicza je.

Brakuje dwudziestu złotych! w końcu mówi.

Ręce starszej kobiety nerwowo szukają w kieszeniach. Z niepokojem mówi:

Zaraz znajdę, proszę chwilę…

Nie zwlekaj, proszę, bo blokujesz kolejkę odpowiada kasjerka, patrząc na nią z lekką pogardą.

Wojciech nie może już dłużej patrzeć na tę scenę. Rzuca brakującą kwotę kasjerce, mówiąc:

Skończmy to już, w końcu.

Wydaje się, że incydent został rozwiązany, ale wtedy starsza kobieta, po zabranie zakupów, odwraca się do Wojciecha i mówi:

Dziękuję, synu, ale mam jeszcze…

Kasjerka podnosi głos, prosząc ją, by nie zatykała kolejki:

Proszę odejść, pani!

Poczucie upokorzenia i jego niecierpliwość sprawiają, że staruszek niepewnie stawia kroki po białej, zaplamionej podłodze. Wojciech odczuwa żal.

Ech, ludzie! Nie potrafimy czasem okazać nawet odrobiny współczucia myśli, a nastrój lekko mu się psuje.

Wychodzi wreszcie z tego mrowiska, ale przy wyjściu czeka na niego ta starsza dama, szeroko się uśmiechając.

O, znalazłam! W portfelu miałam drobne. Bierzcie podaje mu kilka monet.

Wojciech czuje, jak w nim rozbrzmiewa wstyd, i szybko odpowiada:

Nie, proszę, to niepotrzebne. To małe drobne, przepraszam za moje niecierpliwość, jestem bardzo zmęczony.

Machinalnie chwyta od niej niewielką, nieco podniszczoną torbę z lat siedemdziesiątych. Zauważa, że jest już trochę zużyta, ale wciąż trzyma się mocno.

Czy mieszkasz daleko? Mogę cię podwieźć pod dom proponuje, chcąc naprawić swój błąd.

Nie, tuż za rogiem, zaraz przyjdę, synu odpowiada staruszka.

Mimo to podjeżdża do niej. Idą pieszo. Gdyby pojechał na parking, straciłby więcej czasu niż idąc. Po drodze zaczynają rozmawiać.

Czy mieszka pani sama? Czy ma pani pomoc? pyta Wojciech, krocząc powoli obok niej.

Sama. Zostałam sama. Miałam wnuka, taki jak ty mądrego, dobrego, zawsze mi pomagał. Pracował w warsztacie samochodowym, ręce miał złote. Wychowałam go od piątej klasy, kiedy rodzice zniknęli.

Staruszka milczy, najwidoczniej trudno jej mówić. Wojciecha coś jednak dzwoni w głowie, jak stare wspomnienie.

W zeszłym roku zginął mój przyjaciel, Sergiusz, na służbie. Dwóch wtedy ocalało, ale zostali niepełnosprawni

W jej słowach odbija się dźwięk, a w głowie Wojciecha rozbrzmiewa imię dawnego kolegi ze szkoły: Sergiusz Prokopowicz. Przypomina sobie, że razem służyli, że w organizacji brał udział, że w szkole wszyscy wiedzieli, że mieszka z babcią, którą gościła przy herbacie w pięciopiętrowym bloku.

Pamięć zaczyna się wyłaniać, a staruszka wspomina dalej.

Ja nie byłam wtedy w szpitalu, serce mi się załamało, myślałam, że nie przeżyję.

Docierają do jej domu, wchodzą na drugi piętro i starsza pani zaprasza go do środka.

Chodźmy, wypijmy herbatę, jeśli nie śpieszysz.

Wojciech zgadza się, a ona prowadzi go do swojej kuchni. Rozkłada na stole wszystkie produkty oprócz napojów i mówi, że nie przyjmuje odmowy.

Na stole leży kiełbasa, masło, słoik szparagów, paczka ciasteczek, banany i sok jabłkowy. To jego pierwsza, ale nie ostatnia pomoc. Zaczyna częściej odwiedzać Nadzię Petrovię, pyta, czy nie trzeba czegoś naprawić w domu, wezwać fachowca. Ona dziękuje, odmawiając prawie wszystkiego, oprócz drobnych uprzejmości, i przy herbacie opowiada mu swoją historię:

Przeżyłam ciężkie czasy, Wojtku. Urodziłam się w 1938 roku. Miałam małego braciszka. Tata był na froncie, mama samotnie nas wychowywała, aż sama odszedła. Pamiętam, jak wozy przywoziły ludzi, którym oddała się Bóg. Matkę zabrali, a ja ciągle ją wołałam Nie rozumiałam. Potem trafiliśmy do domu dziecka, a potem wzięli nas wujek i ciotka, przywiezli do tego miasta. Tata już nigdy nie wrócił. Tu dorosłam, wyszłam za mąż.

A gdzie jest wasza rodzina? pyta Wojciech.

Nie ma nikogo, wszyscy poginęli. Najpierw mąż, ciężko chory, potem córka z zięciem Wyjechali na wakacje nad morze, nocą poszli popływać. Zdarzył się lekki sztorm. Marysia zaczęła tonąć, zięć próbował ratować, ale fale porwały ich daleko od brzegu. Nie udało się ich uratować. Gdy ratownicy przybyli, było już za późno Zostali wciągnięci pod fale. Iwanek został ze mną szepnęła drżącym głosem.

A twój brat? dopytuje.

Wyjechał dawno za granicę, przesyła pieniądze na kartę, ale nie umiem jej obsłużyć, nie pamiętam numeru, bo go zapisałam w zeszycie.

Wojciech proponuje:

Zadzwońmy do niego, może podniesiemy cię na duchu. Masz numer?

Mam, zapisany gdzieś.

Stara przeszukuje szufladę w kuchni i podaje mu notatnik, w którym pod imieniem Olek jest numer telefonu. Wojciech od razu wybiera, a głos po drugiej stronie brzmi żywy.

Dzień dobry, panie Olek? Dzwonię z domu pani Nadzie Petrovi. Jesteśmy z twoją siostrą. Ja kolega ze szkoły Sergiusza. Rozmawiamy, bo chciałem się przywitać.

Rozmawiają, a łzy toczą się po policzkach starszej pani, ale mówi z radością.

Powiedziałem, że przyjedzie wkrótce! Poznam cię, dziękuję, Wojtku. Było tak dawno, że nie rozmawiałam z bratem. Telefon kosztuje mi fortunę, ale on czasem dzwoni do sąsiadki.

Wojciech myśli: Ile cierpień znosiła ta mała, delikatna kobieta! Czy los naprawdę tak ją wystawia? i postanawia częściej odwiedzać starsze osoby, pytać o problemy, nie zapominając o Nadzie Petrovi. Kupuje jej prosty telefon, zapisuje na nim swój numer i numer brata, doładowuje konto. Uczy ją, jak używać karty bankowej, aby nie musiała czekać przy kasie, gdy liczy drobne.

Marzena chwali go za empatię, zaprasza Nadzię Petrovię na obiad. Wojciech przywozi ją, a staruszka początkowo wstydzi się, lecz szybko zaprzyjaźnia się z przyjazną Marzeną. Dwie starsze panie, które kilka lat temu straciły bliskich, łączą się w ciepłych relacjach.

Małe gesty, odrobina uwagi tego wystarczy samotnemu starszemu człowiekowi. Wiedzieć, że ktoś jest w pobliżu, gotowy pomóc i wesprzeć, to najważniejsze. Idąc od domu Nadzi Petrovi, Wojciech często słyszy:

Niech cię Bóg chroni, kochany. Dziękuję za wszystko.

***

Nadzie Petrovi już nie ma wśród żywych. Ten tekst powstał na jej pamięć oraz innych samotnych osób. Czasem warto rozejrzeć się wokół może komuś naprawdę potrzebna jest pomoc, a my jej nie dostrzegamy.

Rate article
Fajna Tajna
ROZLOOKAJ SIĘ WKOŁO!