Dawid, Dawid, wstawaj, Jadzia znowu płacze!
Czułem, jak mały Saszek ciągnie mnie za rękę koszulki, ale oczu nie mogłem otworzyć. Sen był tak głęboki, że chciało mi się krzyknąć na brata, a potem włożyć głowę pod poduszkę i zanurzyć się w ciepłą ciemność. Najlepiej, żeby nie przychodziły tam żadne sny, bo znowu dziś przyśnił się ojciec usiadł obok na schodach domu babci, pogłaskał po głowie i zapytał:
Co u Ciebie, synu? Ciężko? Przepraszam, że tak Nie chciałem Jadzia znowu płacze Ty
Dawidek wyłonił się z półsnu i ledwo nie spadł z łóżka. Jadzia ryczała tak, że nawet ja się obudziłem. Saszek siedział na swojej pościeli i patrzył, jak starszy brat wyrywa się z kołdry.
Już dawno tak krzyczy? pogładziłem sobie nieprzycięte od miesięcy włosy pięcioma palcami i podszedłem do łóżeczka siostry. Tyś mój krzykliwy potworze! Co tak śpiewasz? Mamy nie mam. Mama jeszcze nie wróciła, dopiero rano przyjdzie. Chodź tutaj!
Jadzia była już prawie szkarłatna od krzyku. Zgrabnie wyciągnąłem ją z łóżeczka, skinąłem na Sasza, który już trzymał czystą pieluszkę i przycisnął dziecko do siebie.
Ojej, jaką pachnącą mamy! Wszystko w porządku! Krzyczysz, ale trochę ciszej! Sąsiadom jeszcze nie słyszano? Zaraz wszystko załatwię, poczekaj chwilę.
Dziewczynka, słysząc znany głos, naprawdę się uspokoiła, a po kilku minutach energicznie łykała mieszankę z butelki, którą jej podał brat.
Łakomczuch! dotknąłem jej czoła w taki przyzwyczajony sposób, że nie musiałem się zastanawiać to nie pierwszy raz i termometr nie jest potrzebny, żeby sprawdzić, czy ma gorączkę. Nie mogła poczekać na mamę? No i dobrze, bo przyjdzie zmęczona, a my jeszcze musimy. Jedz dalej, a potem zdrzemniemy się, póki mamy czas. Saszu! spojrzałem na brata i uśmiechnąłem się. No i masz, nasz idealny! Już śpi! Nie tak jak my, co?
Półroczna Jadzia mruczała jeszcze raz i puściła smoczek. Ostrożnie, żeby nie wykrzyknęła ponownie, położyłem ją na ramieniu i zaczynałem chodzić po pokoju, głaszcząc po plecaku.
Brawo! Teraz możesz i do łóżeczka! położyłem ją delikatnie i zerknąłem na zegar.
Jeszcze godzina trochę przed wstaniem, a ja mam piątkę z biologii i dwójękę z fizyki. Sam się winę, że nie słuchałem lekcji fizyki, bo grałem w Wojnę morską z Wałkiem. Głupio się stało. Teraz muszę powtórzyć ostatnie paragrafy, bo za dwa tygodnie rodzice idą na zebranie i nie chcę, żeby mama się zawstydziła. Nie ma sensu jej podrapać po głowie; wczoraj już mnie wkurzyła!
Dmytro! To nie do przyjęcia! Znowu się spóźniasz! Jeszcze raz i pójdę do dyrektora!
Jakby dało się wytłumaczyć, że spóźniam się nie z własnej woli, a dlatego że mama bywa zatrzymywana w pracy. Dlatego zostaję z Jadzią, a potem biegnę, żeby odwieźć Sasza do przedszkola. Nie wolno zostawiać dzieci same w domu, bo wtedy mama miałaby kłopoty. Gdyby był żywy tata, problemów nie byłoby. Mama siedziałaby w domu, jak wtedy była z nami i Saszem. Nie musiałaby pracować, żeby nie zostać wyrzuconym z mieszkania, które rodzice wynajmowali od czasu, gdy babcia wyrzuciła nas z domu.
Myślenie o babci nie wchodziło mi w głowę. Nie wiedziałem, co wywołało kłótnie z mamą, ale domyślałem się. Babcia zawsze była krzycząca i nie wstydziła się słów. Po pogrzebie przyjechała do nas i, czekając, aż mama wypuści dzieci z pokoju, rzuciła na nią zarzuty.
To ty jesteś winna wszystkiego! Wydałaś nas jak króliczkę, a co nam zostało? Musiałem się męczyć! Co wytrzyma takie serce? Nie masz sumienia! To twoja wina, że nie ma już mojego syna! Ty!
Nie wytrzymałem. Wyskoczyłem z pokoju i, nie zwracając uwagi na płaczącą mamę, podbiegłem do babci.
Nie mów tak! Nie wiesz nic! Nie obrażaj mamy! Tata nas kochał! Rozumiesz? I Jadzię kochał, i Sasza też. To on chciał ich mieć, a nie mama. Ona go zniechęcała! Mówiła, że nie ma pomocy, tylko krytyka i krzyki! Nie można tak wychowywać dzieci! Ty zawsze tylko krzyczysz! Po co przychodzisz? Nie mieszkamy już z tobą! Nie wracaj!
Dawid wciąż pamiętał ciężkie spojrzenie babci. Kilkukrotnie otwierała i zamykała usta, zastanawiając się, co odpowiedzieć. W końcu powiedziała:
Jeszcze mało, żeby podnosić głos
Teraz już nie ma kogo bronić mamy. Ja jej nie dam się obrazić, rozumiesz?
Rzeczywiście, spojrzała ponad moją głowę na mamę, jakby z żalem. Potem zamrugała i odeszła, by już nie wracać. Czasem widziałem ją w mieście, ale udawałem, że nie znam. Zatrzymywała się, gdy mnie zobaczyła, i długo patrzyła, nie odzywając się. Nie rozmawiałbym z nią bałem się, że przyjdzie, gdy mnie nie będzie w domu, bo mama i tak nie potrzebuje dodatkowego stresu. Nie mogła już Jadzię karmić po tym, jak odszedł tata mleko przestało płynąć. Gdyby dalej płakała, byłoby naprawdę źle. Wiem, co się stanie, jeśli ktoś narzeka na naszą rodzinę.
Na pewno źle, tak jak u Poli z mieszkania nr 43. Jej matka pije bez końca, sąsiedzi dzwonili, a potem Poli zabrali do domu dziecka. Dawid kiedyś wdarł się tam z paczką chłopaków. Ogrodzenie było słabe, z dziurami, przez które można się przecisnąć. Czekaliśmy w krzakach, aż Poli wyszła na spacer. Aż ryczała! Dałem jej wszystkie cukierki, które matka kupiła nam na dwójkę, ale matka nie zareagowała. Pogłaskała mnie po głowie i powiedziała, że jest dumna z syna, ale co miałaby być dumna, skoro nie pomógł jej? Ona wciąż mieszka w domu dziecka i marzy, by matka przestała pić i wzięła ją w domu.
Mama Dawida nie pije, ale nigdy nie wiadomo, co wymyśli. Ciocia Ania, sąsiadka, znów narzekała, że Jadzia głośno płacze. Co mogę zrobić? Siostra jest mała, ma bóle brzuszka, ząbkowanie. Lekarz powiedział, że ma już trzy ząbki. Nawet uszyła mi palec, prawie krwawiło. Dobre ząbki, czyli mocne! Teraz muszę pilnować, bo wszystko wkłada do buzi. Wczoraj zasnęła z królikiem Sasza w objęciach, z długim uszem. Brat najpierw się rozzłościł, potem nic, nie płakał. Pomyślałem, że królik bardziej potrzebny.
Budzik cicho zadrżał, i szybko go wyłączyłem. Czas się szykować. Muszę iść do szkoły, Sasza do przedszkola. Mama zaraz przyjdzie i trzeba jeszcze zrobić śniadanie dla wszystkich, bo sama nie ma czasu.
Kiedy kończyłem kanapki, w drzwiach poczukał klucz, a mama weszła do kuchni, zrzucając na szybko starą kurtkę. Objęła mnie, przytuliła policzki i spojrzała w oczy:
Dzień dobry, mój rycerzu!
Dzień dobry, moja królowa!
Tak zaczęliśmy od kiedy odkryłem w bibliotece powieści Waltera Scotta.
Co słychać?
Jadzia znowu nocą krzyczała. Dałem jej butelkę i żel na dziąsła, uspokoiła się.
Czy już ząb się pojawił?
Jeszcze nie, ale dziąsło już obrzęło. Gorączki nie ma.
Dobrze. Dawid, co bym bez Ciebie zrobiła?
Mamo wczoraj znowu widziałem babcię.
Zofia zamarła, wpatrując się w syna.
Coś mówiła? Rozmawialiście?
Nie. Stała przy naszym klatce i patrzyła w okna. Kiedy podszedłem, odwróciła się i odszła.
Zofia skinęła głową, ale zaraz przypomniała sobie, że syn nie widzi jej twarzy. Chwyciła go za podbródek i spojrzała:
Dawidzie, nie gniewaj się na nią, dobrze? Ona jest trudna, ale to nasza babcia. Nie musi nas lubić, ale jesteśmy jej wnukami: ja, Sasza i Jadzia.
Dlaczego więc się gniewa, że nas jest za dużo?
Bo synku ludzie czasem myślą, że życie powinno wyglądać tak, jak oni uważają.
Dlaczego? Dlaczego myślą, że wiedzą lepiej?
Nie wiem. Może czują, że wiek i doświadczenie dają im prawo. Czasem tak jest, ale młodzi muszą zdobywać własne doświadczenia.
To nie ma sensu, że wszystko im wychodzi!
Dokładnie! uśmiechnęła się Zofia, patrząc na mnie. Czas leci! Jeszcze dopiero był jak Sasza, a już w siódmym klasie. Niedługo będzie dorosły. Zofia pogłaskała mnie po policzku i poprosiła:
Jeśli znów zobaczysz babcię, nie kłóć się z nią. Jeśli coś chce powiedzieć, posłuchaj, a potem zdecydujesz. I zapomnij, co usłyszałeś tego dnia. Kiedy przychodzi żal, człowiek się zmienia. Mówi straszne słowa, bo boli go strata. Nie jest zły, po prostu cierpi.
Nie do końca rozumiałem, co mama ma na myśli, ale wiedziałem, że jest bardzo dobra. Znowu myślałem o tym, jak babcia ją obrażała, a ona i tak stara się tłumaczyć.
Zerknąłem na zegar i podskoczyłem:
O rany! Dziś pani Walentyna zje mnie z podroby! Już spóźniłem się na pierwszą lekcję!
Idź do drugiej! Zofia chwyciła mnie za starą koszulkę i posadziła przy stole. Nie jadłeś śniadania!
Nie miałem czasu, mamo!
Nic nie szkodzi. Szkoła nie ucieknie. Zobacz, jak przytyłeś!
Podsunęła mi talerz z kanapkami i wyszła, by obudzić Sasza. Po pół godziny już biegłem do szkoły, mocno trzymając rękę skaczącego za mną brata.
Dawidzie, Dawidzie, zagramy wieczorem?
Oczywiście.
Nauczysz mnie rysować motocykl?
Nauczę.
A samochodzik?
Również.
Saszu! Nauczę cię wszystkiego, ale teraz zamknij buzię, bo na dworze zimno i biegnij szybciej, rozumiesz?
Tak!
Perspektywa, że całą noc będę miał starszego brata do zabawy, podniosła Sasza, więc milczałem, patrząc na nieco poważniejszego Dawida.
Dawidzie, jesteś zły?
Wyskoczyłem z myśli i zdziwiony spojrzałem na brata.
Nie. Skąd to wniosłeś?
Nie wiem. Milczysz i masz oczy jak czarne kulki.
Po prostu zamyślony! Dobrze, biegnij i nie kombinuj, rozumiesz? Nie powiem mamie. Sam się tym zajmę.
Postawisz w kącie? zapytał Saszu z żywą ciekawością, a Dawid wskazał palcem.
Nie będę cię uczyć rysować samochodzik!
Nie chcę! odrzekł Saszu. Dawidzie, będę grzeczny, jeśli Natalka nie wyleje mi wody na łóżko. Potem razem narysujemy samochodzik, dobra?
Chłopcy, nie wolno obrażać dziewczyn.
Natalka nie jest dziewczyną! To wybryk!
Nie ważne, wciąż nie wolno. Nie wiemy, jaką Jadzię będziecie mieli, a może ona też kiedyś kogoś w przedszkolu zaczepi. Co wtedy?
Będziemy bić? zapytał Saszu, unosząc brwi.
Kogo? nie zrozumiałem.
Nie Jadzię! wykrzyknął Saszu. Chłopaków!
A! To już inna sprawa. Lepiej bez pięści. Tata mówił, że biją się tylko dziwacy. Normalni najpierw myślą i rozwiązują inaczej.
Zabrałem mu sweter, przyciągnąłem koszulę i wypchnąłem go do grupy.
Idź! Wieczorem wrócę!
Dlaczego nie mama?
Mama dziś wcześniej wyjdzie do pracy. Zbliżają się święta, w sklepie jest dużo roboty.
Rozumiem! Saszu skinął poważnie. Wiedział, że mama jest pracownicą dużego, całodobowego marketu. Raz razem z bratem szliśmy do niej w sklep, Saszu bał się zgubić, więc mocno trzymał mój rękaw. Jadzia jeszcze nie była, tata wciąż żył myśl o tacie sprawiała, że Saszu zaciskaW końcu, po wszystkich burzach i nieporozumieniach, cała rodzina usiadła przy stole, a w ich sercach rozkwitła nadzieja na lepsze jutro.



