Opowiem wam historię, która wydarzyła się w Polsce.
Magda wychowywała synka sama. Po porodzie rozwiodła się od męża, który był wędrownym pijakem. Pomagała jej w utrzymaniu dziecka nie tylko opieką, ale i pieniędzmi jej ojciec. Bez niego Magda nie wyobrażała sobie, co by robiła.
Po rozwodzie brakuje pieniędzy, były mąż nie płaci alimentów. Magda musi iść do pracy. Wtedy ojciec westchnął i rzekł:
No cóż, trzeba iść do roboty. Ja zostanę z Leszkiem. Nie martw się, dam radę.
Tak więc Leszek spędzał cały czas z dziadkiem. Magda nawet trochę zazdrościła, bo chłopiec był bardzo przywiązany do dziadka, a ona po pracy nie miała już czasu dla niego.
Pewnego poranka, gdy Magda szykowała się do wyjścia, Leszek wstał wyjątkowo wcześnie i z entuzjazmem powiedział:
Dziś jedziemy na grzyby, prawda?
Magda odwróciła się do ojca i zapytała:
Tato, naprawdę? Gdzie teraz się wybierzecie?
Do Puszczy Biskupiej, mówią, że tam już rosną podgrzybki odpowiedział Stas, zapalony grzybiarz i wędkarz, od dziecka wprowadzający wnuka w te zajęcia.
Magda nie sprzeciwiła się, więc tylko dodała:
Tylko nie wracajcie za późno, dobrze?
A jak już będziemy w południe, to zapełnimy dwie wiaderka i wrócimy, co? mrugnął dziadek.
Do najbliższego przystanku dotarli autobusem, a potem wyruszyli pieszo. Puszcza Biskupia zaczyna się tuż za wjazdem do Krakowa, więc nawet siedmioletni Leszek nie miał problemu dotrzeć do jej brzegów.
Jeszcze nie dotarli do lasu, gdy obok nich zatrzymał się samochód.
Cześć, Stasiek, dokąd jedziesz? Znów po grzyby? zawołał kierowca.
Stas rozpoznał w nim starego znajomego Andrzeja.
Tak, słyszałem, że podgrzybki już niby w obfitości.
A w Puszczy Biskupiej już wszystko wyzłowiono. Lepiej ruszyć w stronę Puszczy Turka, tam jeszcze coś rośnie. Jadę tam, chciałbyś podwieźć?
Jasne, podrzuć nas, jeśli możesz.
Andrzej wysadził Stasa i Leszka przy granicy Puszczy Turka. Umówili się, że po powrocie spróbują złapać jakąś autostradę, a jeśli nie uda się, zadzwonią do Andrzeja, który przyjedzie po nich.
Leszek szedł wesoło po lesie, rozmawiając z dziadkiem. Dziadek zawsze tłumaczył mu wszystko, nie szczędząc odpowiedzi na milion pytań siedmiolatka. Leszek uważał go za bohatera, który zna wszystko na ziemi.
Grzybów naprawdę było mnóstwo. Zanurzeni w poszukiwaniach, zeszli głęboko w puszczę, gdy nagle dziadek, machając wymownie rękami, upadł.
Leszek najpierw nie przestraszył się. Podszedł do Stasia i zapytał:
Dziadku, potknąłeś się?
Dziadek nie odpowiedział, nie ruszył się. Chłopiec poczuł strach. Z wielkim trudem przewrócił go na plecy i potrząsał, ale Stas nie reagował. Leszek wykrzyknął:
Dziadku, wstań! Co się stało? Musisz wstać! Boję się, dziadku, wstań!
Wieczorem Magda wróciła do domu i nie znalazła swoich grzybiarzy. Natychmiast dzwoniła do ojca, ale telefon był poza zasięgiem.
Gdzie oni są? Może jeszcze w lesie? pomyślała, zaczynając się niepokoić.
Po godzinie niepokój przerodził się w panikę, a po dwóch wstała w komisariacie, wpadając w słowa, by przestraszyć dyżurnego. Ten, choć sam był przejęty, usłyszawszy: Dziecko z dziadkiem! Las! Nie wrócili! od razu wezwał wolontariuszy.
Wolontariusze zareagowali błyskawicznie. Nie minęły dwie godziny, gdy pierwsza grupa wraz z Magdą, niecierpliwie czekając na wieści, oraz kilkoma policjantami ruszyła w rozglądanie się po Puszczy Biskupiej!
Na początku Leszek tylko płakał, patrząc na nieruchomego dziadka. Potem przemówił do siebie:
Spokojnie, chłopcze, jak nauczył cię dziadek, nie trać głowy w trudnych chwilach. Weź się w garść!
Uderzył się w policzek, co mu pomogło przestać płakać.
Muszę sprawdzić, czy dziadek oddycha przypomniał sobie. To było najgorsze co, jeśli nie oddycha?
Pokonał strach, położył głowę na jego klatce piersiowej. Klatka przygniatała się lekko, ale wyraźnie unosiła.
Oddycha, oddycha! ucieszył się chłopiec. Trzeba tylko poczekać, aż wróci do siebie.
Leszek usiadł i czekał, próbując zadzwonić do mamy. Nie było zasięgu, więc po prostu czekał.
Zachodziło słońce. Gdy siedział, przypominał sobie wszystko, co dziadek mówił o przetrwaniu w lesie.
Gdy nadejdzie noc i dziadek nie odzyska przytomności, zamarznie na zimnym podłożu. Nie mogę tak pozwolić, muszę działać!
Leszek wyciągnął z plecaka zapalniczkę, zebrał cienkie gałązki i rozłożył ognisko. Nie od razu, ale w końcu płomień zapłonął.
Teraz trzeba zebrać drewna, zanim zapadnie zmrok. Trzeba, by starczyło nam na całą noc.
Zaczął obcinać gałęzie z sosny, nosząc je i podając pod dziadka.
Nie zmarznie ci, dziadku. Zaraz jeszcze trochę drewna, i będziemy się grzać, tak jak uczyłeś.
Noc była straszna. Dźwięki lasu wywoływały u chłopca drżenie aż do łez. Leżał przy cieple dziadka, przykryty kocem z liści. Kiedy ogień przygasał, z heroizmem wyciskał kolejne kawałki drewna.
Pamiętam, dziadku, ogień nie może zgasnąć. Pamiętam.
Rano Leszek wypił trochę herbaty z termosu, a resztę podał dziadkowi, podnosząc mu głowę.
Potrzebna woda, bez niej nie wytrzymamy pomyślał. Niedaleko był leśny źródełko.
Rozglądając się, zobaczył krzak z czerwonymi jagodami.
To jagody wilcze, nie wolno ich jeść przypomniał sobie słowa dziadka. Ale mogę je użyć inaczej. Napełniłem termos, wsypałem jagody i ruszyłem w stronę źródła, zostawiając za sobą szlak z czerwonych nasionek.
Poszukiwania w Puszczy Biskupiej trwały już trzeci dzień. Las był już przeszukany niejednokrotnie. Z miasta przyjeżdżali kolejni ochotnicy, słysząc o tragedii.
Magda, nie śpiąca od trzech dni, z czarnymi kołami pod oczami, biegła między wolontariuszami, błagając, by nie przestawali szukać. Unikała samego lasu, a zmęczenie przygniatało ją, lecz myśl o synu dawała siłę.
Czwarty dzień przyniósł zmęczone spojrzenia wolontariuszy. Jeden z nich, nabierając odwagi, podszedł do Magdy i rzekł:
Statystyki mówią, że po trzech dniach szukania w lesie szanse na odnalezienie żywych są małe. Las już dokładnie sprawdziliśmy. Za lasem jest bagno, może tam powinniśmy poszukać.
Nie! krzyknęła Magda. Dziadek dobrze znał teren, nie zabrałby Leszka do bagna! Oni żyją, wiem to! Musimy dalej szukać!
Piątego dnia Magda wyszła z lasu, szczupła i chwiejna. Przez drogę zatrzymał się samochód i podjechał Andrzej stary znajomy ojca Leszka.
Magda, co tu się dzieje? zapytał, spoglądając na wolontariuszy.
Usłyszawszy to, Andrzej nagle pobladł.
To… tak, pięć dni temu podwoziłem ich do Puszczy Turka.
Tu, przychodźcie wszyscy! wykrzyknęła Magda.
Po kilku godzinach młody student-wolontariusz krążył po grupie w Puszczy Turka. Poczuwszy dym, podszedł w stronę niewielkiego ogniska. Obok, pod kocem, leżały dwie sylwetki.
Aluś? zawołał cicho, nie wierząc w cud.
Jedna z postaci, chłopiec, poruszyła się.
Długo nas szukaliście. Dziadek kilka razy przychodził do siebie, dawałem mu wodę i chleb. Żyje, po prostu nie ma przytomności powiedział słaby głos Leszek.
Ranny chłopiec trzymał w ramionach swoją równie ranną matkę, patrząc, jak wóz ratunkowy wozi dziadka.
Dziadku, żyj, potrzebuję cię! Musisz mnie jeszcze wiele nauczyć szepnął Leszek.



