Krawat, proszę! rozkazuje Władysław Romanowicz, podwijając kołnierz białej koszuli. Bierze krawat od żony i patrzy na nią surowym wzrokiem:
Co mi podajesz? Daj ten, który przywiozłem z Berlina. Dziś mam spotkanie z dyrektorem.
Żona, Natalia, podaje mu dokładnie to, o co poprosił, nie mówiąc ani słowa.
Czyli nie zamierzasz go zawiązać? mruczy Władysław, unosząc podbródek i czekając, aż Natalia zaplótuje węzeł w jego ulubiony sposób.
Patrzy w lustrze, przewraca noskiem i poprawia węzeł, patrząc z góry na żonę, jakby mówił: nie martw się, nie potrafisz zrobić tego dobrze.
Schowaj jajecznicę, nie chcę jej. Nalej kawę i zrób tost rozkazuje przy stole. Kawa się ochłodziła! Nie potrafisz zrobić nic dobrze! irytacja prześwituje w każdym jego zdaniu.
Do progu kuchni wchodzi wnuczka Jagoda, dopiero co przyjechała z córką na tydzień odwiedzin. Oparła się o framugę i przygląda się dziadkowi, oceniając jego zachowanie z perspektywy pięciu lat życia.
Chodź do mnie, Jagódko zachęca Władysław, wyciągając ręce. Siada ją na kolanach i mruczy coś łagodnym głosem. Chce, by mała przytuliła się do niego, zaśmiała się i objęła dziadka. Jagoda jednak odpowiada niespodziewanie:
Dziadku, dlaczego tak do mnie mówisz? Tak mówią tylko dobrzy ludzie.
A ja nie jestem dobry? zdziwił się staruszek.
Nie, nie jesteś. Tutaj jest zimno dotyka dłonią jego klatki piersiowej. Potem schodzi z kolan, podchodzi do Natalii, przytula się do niej i całuje w policzek: Dzień dobry, babciu.
Zaskoczony zachowaniem wnuczki nie słyszy najpierw sygnału samochodu kierowca już czeka przy wejściu. Spiesznie wstaje od stołu, zakłada płaszcz, wygładza obuwie po całym dniu i chwyta teczkę, ruszając do drzwi:
Nie czekajcie na obiad. Wieczorem mogę się spóźnić rzuca w biegu.
Zjeżdżając schodami, nasłuchuje własnych odczuć. Wszystko jak zwykle pełen energii, gotów podjąć się każdego zadania, które wymaga od podwładnych. Każde polecenie wykonuje, nie zważając na trudności. Wystarczy rozkazać, wyznaczyć termin i sprawdzić realizację. Nie powinien go martwić, jak radzą sobie pracownicy praca musi zostać zrobiona w wyznaczonym czasie, nawet jeśli zostanie poświęcony cały dzień. Problemy szeryfa nie przejmują go!
Jednak coś drapie duszę. Co to? Słowa wnuczki! Było to bolesne usłyszeć od małego człowieka, kochanej Jagody.
Żebyś zrozumiała, mała ciocia mruknie, mijając klatkę schodową. Nie jestem surowy, jestem wymagający! Bez takiej dyscypliny nie da się nic osiągnąć, w domu i w pracy!
Pomiędzy drugim a trzecim piętrzem zauważa dwamiesięcznego kotka, który wślizgnął się pod ciepły kaloryfer i przerażony patrzy na przechodzących ludzi.
Rozprzestrzeniły się kłopoty w klatce. Zawołam ochroniarza, żeby go usunął!
Ochroniarza nie ma, choć nocny śnieg pokrył chodniki i trawniki.
Łobuz! wykrzykuje Władysław, zatrzymując się przy wejściu, czekając na przyjazd Wojciecha, swojego prywatnego kierowcę. Do biura! krótko rozkłada się do kierowcy, marszcząc brwi i pogrążając się w myślach.
Nikt nie odważy się mi tak powiedzieć. Dlaczego? Bo się boją. A wnuczka? Nie boi się. Dobra robota! Słowami dziecka Czy naprawdę mówi prawdę? Oskarżyła mnie o bezdusze serce myśli Władysław, siedząc w fotelu. Nie zawsze tak byłem. Życie mnie ukształtowało, ale w sercu wciąż jestem dobry i życzę wszystkim pomyślności.
Dzisiaj ciężka droga lodowaty lód. mówi nagle do Wojciecha. Kierowca patrzy zdumiony szef rzadko rozmawia z nim w tak przyjacielskim tonie.
Nic się nie martw, jedziemy na szprychach, a przechodnie mają gorzej. Zimno dzisiaj mocno przylega.
Po krótkiej wymianie zdań Władysław czuje wewnętrzną ulgę. Patrzy przez okno ciepłego samochodu i zauważa, że na przystanku ludzie zmarznięci.
Wojciechu, patrz, to nasza pracownica wskazuje na dziewczynę w poczetach, ledwie starszą od jego córki. Zawołajmy ją.
Jak sobie życzysz, panie Romanowiczu odpowiada Kierowca, podjeżdżając obok.
Klarko, wsiądź do auta, zanim zamarznie całkiem mówi Władysław, uśmiechając się. Klarko odwzajemnia uśmiech i wpada na tylną kanapę. Jej promienny wyraz twarzy i błyszczące oczy rozjaśniają atmosferę.
Co masz w kieszeni? pyta szef.
Proszę, zobaczcie. wyjmuje małą kotkę. Stoję na przystanku, a ona biega od jednego człowieka do drugiego, ociera się o nogi, płacze. Zmarzła, biedna, ludzie nie zwracają uwagi, udają, że to nie ich sprawa. Zabrałem ją, jej łapki i uszka zamarznięły, więc schowałem pod kurtkę, żeby się ogrzała. Po zmianie zawiozłem ją do domu i będzie u mnie. A mój syn się ucieszy!
Ile ma lat twój syn? dopytuje Władysław.
Dziś ma siedem, idzie do pierwszej klasy. Jest samodzielny. Sam odrabia lekcje, podgrzewa obiad.
Władysław przypomina sobie, że kilka razy w tym miesiącu kazał całemu działowi zaopatrzenia pracować po godzinach, choć nie było takiej potrzeby. A syn Klarki pewnie wtedy jedyny miał wolny dzień.
Dobrze, Klarko. Zapisz się na urlop za ratowanie kota mówi hojnie. Daj mu przyjacielem urodziny, a ja wyjaśnię szefowi. Wojciech, odwróć auto, odwieziemy ją do domu.
Ojej, panie Romanowiczu, jesteś taki miły! cieszy się Klarka. Na pewno koty kochasz?
Czy dobrzy ludzie muszą kochać koty? uśmiecha się szef.
Nie zawsze. Ale kto kocha koty, musi być dobry! odpowiada z przekonaniem Klarka.
Gdy podjeżdżają do biura, Władysław pyta kierowcę:
Masz kota?
Dwa. odpowiada Wojciech, mrugając. Dwa psotne futrzaki.
Dzień w biurze mija w zwykłym, urzędowym rytmie. Podczas przerwy na obiad rozmawia ze swoim zastępcą:
Masz wnuki? pyta.
Dwoje. odpowiada z uśmiechem. Małe bandyci!
Lubią cię?
Oczywiście! mruga, rozkoszując się wspomnieniem. Kiedy przyjdą w gości, nie dam im ani kroku! Co tylko razem wymyślimy!
A kot masz w domu?
Bez kota nie ma życia! zachwyca się zastępca. On jest królem domu!
No tak! podnosi brwi Władysław.
Wieczorem, po odprowadzeniu kierowcy, wchodzi na swój piętro. Pomiędzy drugim a trzecim piętrem, przy kaloryferze, grzeje się ten sam kotek. Ktoś położył mu kocyk, obok stoi miska z jedzeniem i kuweta.
Co za ludzie! wzdycha Władysław. Taki mały, a nikt nie dba o niego. Co ty tu robisz, mały? Zostaniesz ze mną, znajdziesz nianie i przyjaciółkę.
Złapie malucha w ramiona, przytula do siebie i wchodzi na swoją część domu. Kot przytula się do dużego człowieka i mruczy. Ciepło, którego dawno nie czuł, dotyka serca.
Ojej, dziadku! zachwyca się wnuczka, widząc kotka. Prosiłam babcię, żeby go wzięła, a ona powiedziała, że nie pozwolisz.
Dlaczego nie pozwolisz? Oczywiście pozwolę uśmiecha się dziadek, całując żonę w policzek. Tylko go musimy wyczyścić i wymyślić imię.
Po godzinie kot, nazwany Puszek, siedzi na kolanach Jagódki, a ona na kolanach dziadka. Jagódka przyciska się do niego policzkiem i szeroko się uśmiecha:
Dziadku, tu już nie jest zimno.
Dotyka jego klatki piersiowej. Jest naprawdę ciepło. Niech tak będzie zawsze, dobrze?
Będzie, Jagódko. Tak będzie. Jak może nie być, skoro w domu jest kot?



