WĘDROWNY DUCH: Tajemnice Przygód na Kresach

Ziętka, najstarsza córka, wydała wszystkim werdykt rodzinny. Z natury zawzięta i z wygórowanymi wymaganiami co do zięcia, nigdy się nie ożeniła, a z trzydziestą rokiem na karku zamieniła się w zgorzkniałą misjonarkę przeciwko mężczyznom jakby w środku nosiła nieuleczalny wrzód.

Ziętka rzekła, jakby to była jedyna prawda. Młodsza córka, Jadwiga, pulchna i wiecznie rozbawiona, przytaknęła z uśmiechem. Matka milczała, choć z jej ponurej twarzy wynikało, że zięć nie przypadł jej do gustu. Co w nim mogło przypaść? Jedyny syn, Tomasz, po służbie w Wojsku wrócił z żoną. Ta, jakby nie miała ani rodziców, ani grosza w portfelu może rosła w domu dziecka, a może po prostu nie znano jej pochodzenia. Tomasz milczył, tylko żartował: Nie martw się, mamo, wypracujemy własne bogactwo. A więc rozmawiajcie z nim, z tym rozrzuconym człowiekiem. Co przywiózł nam do domu? Może była złodziejką, a może oszustką. Nie wiadomo, ile już w okolicy pojawiło się takich postaci!

Od chwili, kiedy Ziętka wstąpiła do domu, Wiktoria Nikiticz nie spała jednej nocy. Snała się półprzytomnie, czekając na figle nowej znajomej: kiedy zacznie grzebać w szafkach. Córki podpowiadały, że powinny schować w rodzinie cenne rzeczy futra, złoto, by nie przepadło w jednego poranka.

A Tomasz wciągnął się w kłopoty w miesiąc: kogo przywiózł do domu! Gdzie były twoje oczy, chłopcze? Bez skóry, bez twarzy!

Niemniej trzeba żyć. Ziętka zaczęła się przyjmować na miejsce. Dom dworowy, ogród trzydzieści ar, trzy prosiaki w zagrodzie, ptaki tego się nie liczy. Pracować trzeba nieprzerwanie, ale Ziętka nie narzekała. Dbała o dom, o prosiaki, gotowała, sprzątała. Starała się zadowolić teściową. Lecz gdy matka nie była w dobrym humorze, nawet złoto nie pomogło wszystko okazało się źle.

Pierwszego dnia Ziętka, dręczona gniewem, rzekła surowo:

Zwołuj mnie po imieniu i patronimiku. Tak będzie lepiej. Mam już własne córki, a ty, choćbyś się starała, nie będziesz dla mnie rodzinna.

Od tej chwili Wiktoria Nikiticz nazywała ją Ziętką. Matka nie używała innego określenia. Trzeba coś zrobić mówiła i nic nie dodawała. Nie szukano kompromisów, ale nie pozwalano i innym teściowym wtrącić się. Każdy porządek wkładano w linie, a kiedy matka musiała powstrzymać rozszalałe córki, nie robiła tego ze względu na Ziętkę, lecz dla spokoju domu. Ziętka okazała się pracowita, chętna do wszystkiego, nie była leniwą. Z czasem matka, choć nie przyznawała się, zaczęła ją akceptować.

Może życie mogło się ułożyć, gdyby nie Tomasz, który tak się rozpuścił.

Jaki mężczyzna wytrzyma, gdy od rana do nocy dwa głosy dręczą: Na kogo się ożeniłeś, na kogo się ożeniłeś. A tutaj starsza siostra, Stanisława, przedstawiła mu jakąś znajomą, i sprawy zaczęły się mieszać. Teściowe cieszyły się, że nienawistna Ziętka w końcu posprząta. Matka milczała, a Ziętka udawała, że nic się nie stało, choć oczy miała puste i smutne. Nagle, niczym grzmot w słonecznym niebie, dwie wieści: Ziętka spodziewa się dziecka, a Tomasz zamierza się z nią rozwieść.

Na to nie było miejsca powiedziała matka Tomaszowi. Nie poślubiłam cię z taką córką.

Lecz kiedy już się pobrał, niech żyje! Nie ma co się gniewać. Wkrótce zostaniesz ojcem. Jeśli popsuę rodzinę, wyrzucę cię z domu i nie będę cię znała. A Zuzanna tu zostanie.

Po raz pierwszy w całym życiu matka nazwała Ziętkę po imieniu. Słuchy zamilkły. Tomasz wpadł w gniew: Jestem mężczyzną, decyduję. Matka wsadziła ręce w biodra i zaśmiała się: Jaki jesteś mężczyzna? Jeszcze tylko spodnie nosisz. Kiedy urodzisz dziecko, wyhodujesz je, dasz mu rozum, wyprowadzisz w ludzi, wtedy dopiero będziesz prawdziwym mężczyzną!

Matka nigdy nie ukrywała słów, a Tomasz przytulał ją do serca.

Gdy coś postanowił, tak i było odszedł. Zuzanna została. Po upływie czasu urodziła dziewczynkę i nazwała ją Wiktorią. Matka, gdy się o tym dowiedziała, nie powiedziała nic, ale widać było, że cieszy ją to.

Z zewnątrz dom się nie zmienił, tylko Tomasz zgubił drogę do domu. Był rozgniewany. Matka też się martwiła, choć nie pokazywała tego. Zaś kochała wnuczkę, rozpieszczała ją, kupowała prezenty i słodycze. Zuzanna zaś nie wybaczyła jej, że straciła syna, lecz nigdy nie obrażyła jej słowem.

Minęło dziesięć lat. Córki wyszły za mąż, a w wielkim domu zostali trzej: matka, Zuzanna i Wiktoria. Tomasz został powołany i wyjechał z nową żoną na północ. Do Zuzanny podszedł emerytowany wojskowy, starszy od niej, który po rozwodzie zostawił jej mieszkanie, a sam mieszkał w akademiku. Pobierał rentę, był poważnym kandydatem na zięcia. Zuzanna go polubiła, ale co byś zrobiła, gdybyś go przyprowadziła do teściowej?

Wytłumaczyła mu wszystko, poprosiła o wybaczenie i odezwała się. Nie będąc głupi, przyszedł do matki: Wiktorio Nikiticz, kocham Zuzannę, nie mogę bez niej żyć. Matka nie drgnęła.

Kochasz? powiedziała. No cóż, zamieszkajcie razem.

Potem dodała:

Nie dam ci zabierać Wiktorii. Tu zamieszkaj, w moim domu.

I tak zamieszkali wszyscy razem. Sąsiedzi językiem czuli się do zmęczenia, gadając, jak szalona Nikiticz wyrzuciła własnego syna, a Ziętka przyjęła oszusta. Nie przejmowali się plotkami, nie rozmawiali z sąsiadkami, nie opowiadali o młodych, trzymały się dumnie i nieprzeniknione. Zuzanna urodziła Katarzynę. Matka nie mogła się cieszyć z wnuczek, bo czy Katarzyna jest jej wnuczką? Nie, wcale nie.

Nagle nieszczęście przyszło nieoczekiwanie Zuzanna poważnie zachorowała. Mąż się załamał, na krótko nawet sięgnął po alkohol. Matka, bez słów, wyjęła wszystkie pieniądze z ksiąg i zawiozła Zuzannę do Warszawy. Tam wypisywała leki, wołała lekarzy, lecz nic nie pomagało.

Rankiem Zuzanna poczuła się nieco lepiej i poprosiła o rosół. Matka z radością zabiła kurę, pozbierała, ugotowała. Gdy przyniosła zupę, Zuzanna nie mogła jej zjeść i po raz pierwszy zapłakała. Matka, której nikt nie widział płaczącej, również rozlała łzy:

Dlaczego, kochana, odchodzisz, kiedy już cię kochałam? Co robisz?

Po chwili uspokoiła się, wytrzeć łzy i rzekła:

Nie martw się o dzieci, nie zginą.

Od tego czasu nie płakała już tak często, siedziała przy Zuzannie, trzymała ją za rękę i cicho głaskała, jakby prosząc o przebaczenie za wszystkie krzywdy.

Minęło kolejne dziesięć lat. Wiktorię mieli poślubić. Przyjechali Stanisława i Jadwiga, już starsze, zmarznięte i zdradzone. Żadna z nich nie mogła mieć dzieci. Zebrali się krewni i przyjechał Tomasz. Jego żona już wtedy była daleko, popijał mocny alkohol. Gdy zobaczył, jak piękna stała się Wiktoria, ucieszył się. Nie spodziewał się, że jego córka nazywa ojca innym mężczyzną, i wpadł w gniew, obwiniając matkę: Wpuściłaś obcego mężczyznę do domu, niech sprząta. Nie ma tu dla niego miejsca. Ja jestem ojcem.

Matka odpowiedziała:

Nie, synu. Nie jesteś ojcem. Jak byłeś w spodniach, tak nigdy nie wyrosłeś w faceta.

Powiedziała to jak rozkaz. Tomasz nie wytrzymał takiej hańby, spakował rzeczy i znów wyruszył w świat. Wiktoria wyszła za mąż, urodziła syna i nazwała go Aleksander, na cześć przybranego ojca. Babcię Wiktorię pochowano w uboczu, obok Zuzanny.

Teraz leżą w rzędzie: zięta i teściowa. A tej wiosny pomiędzy nimi wyrosła brzoza. Skąd się wzięła, nie wiadomo. Nikt jej nie posadził. Może to pożegnanie od Zuzanny, może ostatnie przeprosiny od matki.

Rate article
Fajna Tajna
WĘDROWNY DUCH: Tajemnice Przygód na Kresach