Kasia kręciła się przed wystawami i patrzyła na jedzonko w witrynach. Oczy wypełniały się wyobrażeniami, co może pozwolić wydać nędzny portfel. Wnioski były proste trzeba oszczędzać. Z trzech drobnych etatów została tylko jedna, a po pogrzebie mamy nie pozostało już nic.
Po kolei: została praktycznie sama. Nigdy nie wyszła za mąż. Najpierw studiowała, wybrała kierunek rachunkowość. Co ciekawe, Kasia nie przepadała za cyframi i wszystkim, co z nimi spokrewnione, ale tata upierał się, że bez pieniędzy nie żyjesz, a rachunkowość to przydatny zawód.
Lubię dbać o innych, wiesz, żeby im było lepiej, podbudowywać ich mówiła nieśmiało do ojca młoda Kasia.
Lekarzem? A po co? Chociażby był szanowany, lekarz to już inna bajka drwił tata.
Nie, bardziej jak siostra miłosierdzia. A co ty na to, tato? odparła dziewczyna.
Nie rozumiem, pielęgniarką? zmarszczył brwi ojciec.
No prawie. Tylko jeszcze troszczyć się o innych próbowała wyłożyć swoje marzenia Kasia.
Co to za pomysł? Opiekunką? Sanitariuszką? Zwariowałaś! Praca musi być prestiżowa, głupia! Musisz być pierwsza, wielka, jak Napoleon! krzyczał ojciec, kręcąc się po pokoju.
Kasia w końcu zebrała się w sobie. Próbowała naprawdę studiować rachunkowość, a liczby śniły się jej nocą, wirując wokół głowy, budząc zimnym potem. Chciała powiedzieć ojcu, że nie każdy musi być Napoleonom, że nie musi być pierwszym i nie musi walczyć chce po prostu żyć i pomagać innym. To właśnie ją pociągało.
Gdy zmarła babcia, Kasia była jedyną, która chciała przy niej siedzieć. Ciocia odsuwała się, krzywiła się i szepnęła, że pachnie nieprzyjemnie. Kasia nie rozumiała, co to nieprzyjemnie? To babcia! Jej ręce zawsze pachniały bułeczkami, ziołami, miodem. Postanowiła mówić jej miłe słowa, przewijać ją w szafie, zmieniać pościel.
Kasia czytała babci bajki, wycierała czoło, prosiła dorosłych, żeby pozwolili jej coś wyprać, pomóc. W końcu przyjęło się jej zadanie. Kiedy babcia odszedła, wszyscy płakali i biegali. Ciocia leżała w półomdleniu, lamentując: Zabierzcie ją szybciej, bo boję się duchów!. Kasia cichutko weszła do pokoju, przytuliła się do dłoni babci i łza po łzie spłynęła.
Córeczko! Wystraszyłaś się? Wynocha! wpadł ojciec do pokoju.
Nie, tato, płaczę, bo będzie nam smutno bez babci. Ona już nie cierpi, jest w pięknym miejscu wymamrotała Kasia.
Co ty mówisz? Gdzie piękne? Ona choruje? nie nadążał ojciec.
Kasia chciała mu opowiedzieć, że zamknęła oczy i zobaczyła babcię idącą po drodze otoczonej bajkowymi kwiatami, w złocistym świetle, przed domem z białymi kolumnami, a babcia szepnęła: To już koniec, kochanie, wracam do domu, nie płacz. Bała się go rozczarować.
Po tym Kasia naprawdę próbowała studiować rachunkowość, ale wkrótce rzuciła naukę. Po pierwsze, czuła, że nie oddycha pełną piersią, jakby żyła nie w swoim świecie. Po drugie, tata odszedł do innej kobiety, a mama, załamana, zachorowała. Kasia błagała ojca, by wrócił, przynajmniej dopóki mama się nie poprawi. On wymamrotał, że życie jedno i trzeba z niego wycisnąć wszystko, po czym odszedł.
Kasia i mama zostały same. Wtedy szalona tak mówili znajomi postanowiła nie narzekać, tylko chwytać każdą pracę dorywczą. Została pielęgniarką, podawała mamie zastrzyki, otulała ją, podbudowywała. Niestety choroby nerwowe nadeszły po kolei i mama w końcu nie mogła już chodzić.
Co tam, siostrzyczko, już masz kłopoty? Przecież jesteś młoda, mogłabyś małżonka znaleźć! A tu tylko płaczesz. Za babcią biegłaś, teraz za mamą. Co ci w nosie? zaczęła ciotka Galia w rozmowie na ulicy.
Kasia nagle przerwała ją. Nie mów tak, ciociu Galia. Mama kocha tatę, nie może bez niego żyć. On jest dla niej jak woda. Nie pijesz wody, to wiesz, że źle ci będzie. Niech żyje, ile się da; ja chętnie się nią opiekę, bo to moja mama. Mężczyzna? Kto by miał jej zastąpić? Matki są naszymi aniołami. Nie obrażaj taty on wybrał własną drogę, ale to mój ojciec i nie będę go obrażać powiedziała Kasia spokojnym głosem.
Ciocia zamyśliła się, pomyślała, że Kasia może narzekać, ale po chwili odparła: No dobra, głupia…
Mama odszła w ramionach Kasi. Z okna dobiegał śmiech, zapach jaśminu, a na nocnej szafce leżał jej chusteczka. Po chwili codzienność stała się szara i lepka.
Kasia często patrzyła w niebo, widząc tam albo skrzydła aniołów, albo fantazyjne hafty kwiatów, jak te, które mama kiedyś robiła. Cisza w domu stała się nie do zniesienia. Kasia czuła się jak motyl w kokonie, nie zwracając uwagi na wiadomości i ludzi. Chciała pracować w lokalnym szpitalu, bo po trzech drobnych robotach została tylko jedna, a sił już brak, ledwo chodziła, czując słabość. Bez mamy było strasznie.
Kasiu! Stań, opowiem ci! Znasz te plotki przywitała ją sąsiadka Helena z podwórka, pełna wieści.
Wszystko będzie dobrze… Nie wsłuchuj się w negatywne. Załóż kurczaki na wsi latem albo jedź nad morze, tam muszle piękne, przyłóż jedną do ucha usłyszysz szum morza! Szukaj radości wszędzie rzuciła Helena, po czym Kasia szła dalej.
Na schodach spotkała młodą dziewczynę w białej kurtce, w modnych kozackich butach, pachnącą jak z reklamy perfum. Kasia spojrzała na nią zachwycona, a dziewczyna spojrzała z dezaprobatą i rzuciła:
Na co patrzysz? Myślisz, że jesteś lepsza? Patrz na siebie!
Kasia przeprosiła:
Przepraszam, naprawdę piękna i perfumy to było nieuprzejme z mojej strony.
Dziewczyna odwróciła się, ale usłyszała za plecami:
Ej, poczekaj. To ja mój tata choruje, a ja się denerwuję, bo nie wiem, co zrobić. Pomóż, proszę, zapłacę ile chcesz!
Kasia skinęła głową, choć nie była lekarzem, i ruszyła do sklepu po coś do jedzenia.
W sklepie zobaczyła mamę z wózkiem trzymającą pięcioletniego chłopca, który żądał soku i lodów.
Łezka, kupimy później, nie mamy pieniędzy, weźmy tylko makaron powiedziała matka, a dziewczynka westchnęła: Portfel spadł, nie wiem gdzie, wszystkie dzieci w pobliżu, co teraz?
Kasia nie mogła patrzeć na to bezczynnie. Poczekajcie! Weźcie to, co potrzebujecie. Mam jeszcze trochę złotówek. Wyciągnęła ostatnie pieniądze i podeszła do kasy w swoim podniszczonym płaszczu i obuwiu.
Młoda kobieta podziękowała, a Kasia usłyszała: Dziękuję, Boże, wszystko tak ułożyło się dobrze!
Po tym w domu zostało tylko kilka ziemniaków i dwie zwiędłe marchewki. Kasia wiedziała, że jutro znajdzie pracę, ale płatność przyjdzie dopiero później. Spojrzała w szmaragdowe niebo, przypominające zapach perfum sąsiadki. Wspomniała, jak z ojcem puszczali łódki w strumieniach, które teraz mieszkały daleko i rzadko dzwonił. Przynajmniej żył.
W skrzynce pocztowej leżała przesyłka od Matyldy Nikiforowej, adresowana do Kasi z wioski, skąd pochodzi babcia. Kasia otworzyła ją drżącymi rękami: w środku była haftowana chustka, ręcznik, woreczek z suszoną maliną, suszone grzyby, herbata, mnóstwo cukierków w złotych opakowaniach, plusikowy prosiaczek i stara radziecka kartka.
List brzmiał:
Kochana Kasiu! Tu Matylda Nikiforowa, twoja babcia. Dawno się znamy, bośmy z babcią z tej samej wsi. Grałyśmy przy jeziorze i obiecałyśmy sobie, że po latach wyślemy sobie paczkę. Wysłaliśmy ją na twoje imię, obiecując ikonę Matki Bożej. Niech ona cię chroni i pomaga. Twoja babcia była złotym człowiekiem, modliła się, żebyś spotkała godnego mężczyznę. Nie bądź sama! pisało w liście.
Kasia trzymała ikonę i płakała, przepraszając siebie: przepraszam, głupia, nic nie osiągnęłam, zostaję sama, ale kocham was. Nagle zapukało w drzwi. Otworzyła i w progu stała młoda sąsiadka w białej kurtce.
Dzień dobry! Nazywam się Wiktoria, mój tata znowu ma humory, lekarze przychodzą, a on nie chce rozmawiać. Jest słaby, potrzebuje zastrzyku, a mówią, że ty umiesz wstrzykiwać zaczęła przerywana.
Kasia odmówiła, sugerując, żeby wezwali prawdziwego lekarza. Wiktoria upierała się, że potrzebuje pomocy i płaci, ile Kasia powie. Kasia poszła z nią do mieszkania. Mężczyzna w łóżku wyglądał na pięćdziesiąt pięć lat, surowy, zimny. Kasia próbowała mu coś wytłumaczyć, ale on odwrócił się.
Kasia podeszła i powiedziała, że życie nie kończy się po prostu, że on wciąż jest młody i ma powody, by żyć m.in. Wiktorii. Wiktoria popatrzyła na niego z nadzieją, a on odpowiedział: Zupę grzybową bym zjadł, pachnącą tak, jak u mamy w wiosce.
Kasia wybiegała z mieszkania, wróciła z workiem suszonych grzybów i malin, wzięła ikonę i razem z Wiktorem i Wiktorią jedli aromatyczną zupę i pili malinowy herbata. Po tym Kasia wyszła za Wiktora tak zwany Victor. Pieniądze w domu nie brakowały, ale ona i tak pomagała w szpitalu, bo to jej powołanie. Gdy patrzyła w oczy cierpiących pacjentów, cicho mawiała: Bóg wszystko poukłada, trzeba tylko wierzyć.



