Nie wytrzymuję kaprysów teściowej przy noworocznym stole i idę do przyjaciółki
Kto tak sieka sałatkę? Patrz na te kostki, wielkie jak dla świń! Nie zmieszczą się w buzi. Sto razy mówiłam, że kawałki mają być drobne i eleganckie, żeby smak się rozkręcał, a nie jakby toporem przetarta głos Haliny Kowalskiej zagłusza nawet szum telewizora, w którym Kamil Nowak znowu szykuje się do sauny.
Bogna zatrzymuje się z nożem nad miską z gotowaną marchewką. Zegar wskazuje cztery po południu, 31 grudnia. Plecy trzęsie się, jakby Bogna rozładowała wagon węgla, a nie stała przy kuchni od wczesnego świtu. Stopy obolały w domowych kapciach, a na palcu pulsuje świeży skaleczenie.
Halino Kowalska bierze głęboki wdech, starając się nie drżeć od nadciągającej histerii. To normalne kostki, standardowe. Zawsze tak kroimy. Jak nie smakuje, możecie nie jeść tej sałatki. Mamy jeszcze trzy inne rodzaje.
Nie jeść? teściowa macha rękami, prawie przewracając sosownicę. Co to za rozmowa z matką mojego męża? Przyleciałam do was świętować, jednoczyć rodzinę, a ty mi kawałkiem chleba napominasz? Wiktorze! Słyszysz, jak twoja żona ze mną rozmawia?
Wiktor, mąż Bogny, siedzący w salonie i próbujący rozplątać girlandę, wzdycha zrezygnowany. Unika konfliktów, więc przyjmuje strategię strusia: głowa w piasek, czeka, aż burza ucichnie.
Olu, mamo woła z kanapy. No, kroić mniejszymi, co ci było? Mamo chce jak najlepiej. Byłaś profesjonalnym kucharzem, wiesz lepiej.
Byłam kierownikiem stołówki! dumnie poprawia Halina, regulując masywną broszkę na piersi. Miałam własne normy sanitarne. A ty, Bogno, w kuchni bałagan. Ręcznik poplamiony, a ty nim ręce wycierasz. Antysanitarnie!
Bogna cicho odkłada nóż. Wewnątrz powoli, lecz nieubłaganie, rośnie gniew, który zwykle prowadzi do nieodwracalnych skutków. To nie pierwszy nowy rok z teściową, ale chyba najgorszy. Halina przyjechała dwa dni temu, mówiąc, że pomoże, a w rzeczywistości inspekcjonuje każdy zakamarek i wydaje werdykt: syn niedodany, zięć zapomniany, wnuków brak (bo jakby zięć był chory albo egoistyczny), a mieszkanie bez smaku.
Ręcznik jest czysty, rano go wzięłam, tylko sok z buraka na niego spadł spokojnie odpowiada Bogna. Halino, czy nie mogłabyś wyjść z kuchni? Muszę piec gęsiaka, jest tu gorąco i ciasno.
Gęsiaka? teściowa przyciska oczy. A jak go zamarynowałaś? W majonezie, jak w zeszłym roku? To wulgarne! Gęsiaka trzeba moczyć w sosie żurawinowym z jałowcem dwa dni. Wysłałam ci przepis na Facebooku. Nie czytałaś?
Zamarynowałam go po własnym przepisie, z jabłkami i miodem. Wiktorowi tak smakuje.
Wiktorowi smakuje to, co mu wpojonaś! Zniszczyłaś mu żołądek swoją kuchnią. Pewnie ma już zapalenie, patrz jak blady siedzi. Ja w dzieciństwie robiłam mu parowe kotleciki, rosół przecierane…
Bogna czuje, że jeszcze sekunda i gęsiak nie trafi do piekarnika, a do okna. Albo w głowę drugiej mamusi.
Dobra, wszystko wyciera ręce o fartuch. Gęsiak idzie do piekarnika. Sałatki gotowe. Trzeba tylko nakryć stół i się uporządkować.
Porządek? Halina ocenia zięcię przesadnym wzrokiem. To by nie zaszkodziło. Włosy jak bawełna, cienie pod oczami. Przynajmniej maseczkę ogórkową zrób, bo Vitek patrzy na ciebie i apetyt znika. Mężczyzna musi widzieć królową, nie zmywarkę.
Bogna połyka ten komentarz. Dla męża, dla święta, by nie rozpocząć nowego roku od kłótni. Cicho wkłada ciężką blachę do piekarnika, ustawia timer i idzie do łazienki.
Włączając wodę, w końcu pozwala łzom płynąć. Przez pięć minut siedzi na brzegu wanny i wyraźnie płacze, rozmazując makijaż. Ma trzydzieści pięć lat, jest szefową działu w dużej firmie logistycznej, ma dwadzieścia podwładnych. Kupiła mieszkanie z Wiktorem, wkładając w to swoją spadkową część. Dlaczego musi znosić upokorzenia w własnym domu?
Bo rodzina szepcze wewnętrzny głos w tonie jej matki. Trzeba być mądrą. Trzeba wytrwać. Lepszy pokój niż gorąca kłótnia.
Bogna myje się, nakłada plastry, próbuje uśmiechnąć się w lustrze. Dobra. Zostało sześć godzin. Posiedzimy przy dzwonach, zjemy i ona zaśnie. Jutro zabiorę ich z Wiktorem na choinkę, a sama będę z książką.
Wychodzi z łazienki, licząc na rozejm. W mieszkaniu pachnie igliwiem i pieczonym mięsem. Wszystko zdaje się układać.
Na łóżku leży jej sukienka ciemnoniebieska, welurowa, z pięknym dekoltem z tyłu. Kupiła ją specjalnie na święta, wydając pół premii.
Ojej, Bogno, naprawdę zamierzasz to założyć? głos teściowej rozbrzmiewa tuż przy uchu. Halina wchodzi do sypialni bez pukania.
Tak, to moja świąteczna sukienka.
No i super… teściowa zaciska wargi. Welur grubo się traci. Będziesz jak babka przy herbacie. A kolor taki ponury. Nowy Rok to radość, blask! Trzeba coś jasnego, lekkiego. Mam sweter z cekinami, mogę pożyczyć, jeśli się zmieścisz.
Dzięki, nie potrzebuję. Lubię tę sukienkę. I Wiktorowi podoba się.
Wiktorowi wszystko jedno, tylko nie rozszarpuj go. A ja jako kobieta mówię: nie pasuje. Podkreśla wszystkie wady figury. Lepiej poćwicz na siłowni, nie jedz bułki nocą.
Bogna cicho zaczyna się ubierać. Ręce drżą, suwak w sukience się zacina.
Pomogę, bo inaczej rozerwiesz, rzecz chyba kosztowna, choć bezużyteczna teściowa ciągnie suwak tak, że Bogna przewraca się. Oto tak. Patrz sama. Ostrzegłam. Potem nie narzekaj, że mąż patrzy na młodszą.
Do dziesiątej wieczorem stół jest nakryty. Kryształ lśni, świece płoną, gęsiak, rumiany i aromatyczny, króluje w centrum. Wiktor ma na sobie koszulę, Halina przywdziewa tę świąteczną sukienkę z cekinami i zakłada wszystkie złote ozdoby, przypominając choinkę.
Bogna czuje się wyciśniętą cytryną. Nie ma ani humoru, ani apetytu. Po prostu chce, żeby wieczór się skończył.
No, witańmy stary rok! energicznie wznosi toast Wiktor, wlewając szampana. Rok był trudny, ale daliśmy radę. Najważniejsze, że jesteśmy razem!
Tak, trudny podtrzymuje teściowa, wznosząc kielich. Zwłaszcza dla mnie. Zdrowie nie dopisuje, ciśnienie szaleje. Brak pomocy. Syn pracuje, zięć ciągle zajęty karierą. Nie ma wnuków. Samotność…
Mamo, dzwonimy, przyjeżdżamy próbuje się bronić Wiktor.
Dzwonicie raz w tygodniu dla formalności. Dobra, nie rozmawiamy o smutkach. Wypijmy za to, żeby w nowym roku niektóre stały się lepszymi gospodyniami i pamiętały o swoim kobiecym przeznaczeniu.
Bogna bierze łyk, czując, jak szampan gorzkość.
Spróbujcie sałatki proponuje, podając teściowej śledzia pod warstwą buraków. Zrobiona domowym majonezem, jak lubicie.
Halina chwyta widelec, wącha, skrzywi się i wkłada do ust. Żuje długo, demonstracyjnie, przewracając oczy.
Co powiedzieć w końcu mówi. Śledź przesolony. Burak niedogotowany, chrupie na zębach. A majonez Bogno, dodałaś octu? To kwaśne jak werb.
To sok z cytryny, zgodnie z przepisem szepcze Bogna.
Sok z cytryny w śledzi! Panie Boże, kto cię uczył gotować? Twoja matka, niech jej dusza spoczywa, też nie była kucharką. Żywiliście się półfabrykatami, więc wyrosłaś tak nieporadna.
To był cios w serek. Matka Bogny zmarła trzy lata temu, a ona wciąż nie może pogodzić się z utratą. Matka była najłagodniejszą kobietą, pracowała na dwa etaty, by utrzymać córkę, i choć nie znała jałowcowych marynat, w domu zawsze panował ciepły i przytulny klimat.
Nie zadzierajcie się z moją mamą szepcze Bogna, krew szaleje w twarzy.
Co ja powiedziałam? Prawda to nie grzech. Wiktorze, podaj mi chleb, bo tej sałatki nie da się zjeść, trzeba coś dorzucić.
Wiktor milcząco podaje chleb. Nie patrzy na żonę. Po prostu żuje, patrząc w talerz, starając się być niewidzialnym.
Wtedy Bogna przełącza się. Jakby przełączył się przełącznik. Gniew, uraza, zmęczenie znikają, zastępuje je lodowate spokój. Patrzy na męża. Na tego człowieka, co obiecał być przy niej w smutku i radości. Teraz siedzi i milcząco pozwala matce walić pamięć o jej matce i poniżać jej trud.
Wiktorze, smakuje? pyta.
Co? drży. No w porządku. Bogno, nie kłóćmy się przy stole. Matka po prostu wyraziła opinię.
Opinia, czyli w porządku.
Bogna wstaje powoli.
Dokąd? Po gorące? Za wcześnie, usiądź, rozkazuje teściowa.
Nie, nie idę po gorące.
Bogna wychodzi z salonu. W sypialni zdejmuje welurową sukienkę, starannie wiesza ją w szafę. Zakłada dżinsy, ciepły sweter. Wyciąga z szafy małą sportową torbę, wkłada do niej kosmetyczkę, zmianę bielizny, piżamę i ładowarkę.
W korytarzu zakłada puchowy płaszcz, czapkę, buty.
Z salonu dochodzi głos teściowej:
mówię sąsiadce, po co ci ta multicooker, jedzenie w niej martwe! Lepiej garnek w tradycyjnej kuchni… Wiktor, gdzie Bogno? Coś długo się nie rusza. Czy coś się stało? Czyżby nerwowała się? Powinieneś zabrać ją do lekarza.
Bogna zagląda przez drzwi salonu.
Nie obraziłam się, Halino Kowalska. Po prostu wyciągnęłam wnioski.
Wiktor upuszcza widelec.
Bogno, co robisz? Dokąd idziesz? W dżinsach?
Odchodzę, Wiktorze.
Do sklepu? Czegoś brakuje? Biegnę!
Nie. Wychodzę z domu. Świętujcie. Jedzcie gęsiaka. Z jabłkami, nie z jałowcem, więc przepraszam. Sałatki możecie wyrzucić, są takie ohydne.
Bogno, przestań robić cyrk! wściekła teściowa. Co to za dziecięce wybryki? Siądź przy stole natychmiast! Goście na progu, za godzinę dzwony!
Nie mam gości mówi spokojnie Bogna. W domu są dwie obce osoby. Jedna mnie nienawidzi, druga mnie przejmuje. Szczęśliwego nowego roku.
Odwraca się i idzie w stronę drzwi wejściowych.
Bogno! Bogno, sto! Wiktor podskakuje, przewracając krzesło, i biegnie za nią. Oszalałaś? Noc na dworze! Dokąd zamierzasz?
Do kogoś, kto mnie doceni.
Otwiera drzwi.
Jeśli teraz wyjdziesz krzyczy Wiktor, w głosie miesza się strach z gniewem matka będzie wkurzona na dobre! Roztrwalisz rodzinę!
Rodzinę roztrzeliłeś, kiedy pozwoliłeś jej wytrzeć po mnie buty odpowiada Bogna, zamykając drzwi.
Na zewnątrz leży miękki, puszysty śnieg. Cicho, jedynie w oddali wybuchają petardy. Bogna wciąga mroźne powietrze. Dziwnie, nie odczuwa zimna. Czuje lekkość.
Dzwoni telefon.
Aniu, śpisz?
Boganko? Co się stało? Tańczymy w domu! Coś potrzebujesz?
Aniu, mogęWsiadłam do taksówki, zatrzasnęła się drzwi, a ja odjechałam w stronę nowego życia, zostawiając za sobą dzwony, kłótnie i zimowy płomień przeszłości.



