Los wyciągnął rękę
Wydawało się, że Bogna Kowalska ma dobrą rodzinę: ojciec Jan i matka Maria, wszystko, jak na dobrą polską rodzinę przystało, układało się w domu. Już w szóstej klasie zaczęła dostrzegać, że coś w rodzinie się popsuło, że w powietrzu czai się niepokój. Powodem była alkoholowa pasja rodziców najpierw ojciec, potem matka. Pod koniec szkoły Bogna zrozumiała, że nie da rady wyciągnąć rodziców z tego bagno i przywrócić im normalne życie. Zanurzyli się coraz głębiej w ciemność.
Często kłócili się ze sobą, a w tej kłótni bolało ich dziecko.
Po co mi to wszystko? płakała Bogna, chowając się w cieniu szafy, gdzie rodzice nie mogli jej zobaczyć, a oni wylewali na nią swoją złość.
Idź do sklepu po butelkę wódki ryknął ojciec, kiedy zapadał zmrok. Dziewczynka odmawiała, bała się ciemności na ulicy, a on groził pięścią, jeśli nie ucieknie szybko.
Poproś sąsiadkę Weronikę o pieniądze, nie wracaj bez grosza wpychała ją matka, popychając w drzwi.
Gdy Bogna dorosła, zaczęła wymykać się z domu, gdy rodzice upijali się nocą. W dziesiątej klasie przestała się bać ciemności, przyzwyczaiła się do nich. Uciekła do opuszczonego domu na skraju wsi, tam się chowała, a o świcie wracała do domu, chwytała zeszyty i biegła do szkoły.
Pewnego dnia postanowiła:
Po ukończeniu szkoły zdobędę świadectwo i wyrwę się z wioski, wyjadę do miasta, może wstąpię na uczelnię. Muszę zbierać po groszu, po złotówce, odkładać tak zaczęła po cichu gromadzić pieniądze, choć nie szło jej łatwo.
Kiedy w końcu dostała świadectwo, w którym oceny nie zachwycały, wzięła ukryty w plecaku paszport i przybrany zapas złotówek i wyruszyła do miejskiego urzędu. Rodzicom nic nie powiedziała nie miał nikt, komu mogła coś wyznać. Chciała wykształcić się, założyć normalną rodzinę i żyć jak wszyscy, a nie istnieć.
Miasto przywitało ją surowo. Znalazła college i chciała złożyć dokumenty, ale usłyszała, że kandydatów jest mnóstwo, a przy tak niskich ocenach wjazd jest mało prawdopodobny, a płatne studia są poza jej zasięgiem. Nadzieje i marzenia roztrzaskały się, a Bogna, rozczarowana, usiadła na ławce przy przystanku i zamyśliła się.
Wokół huczało życie, ludzie pędzili w pośpiechu gdzieś w nieznane.
Każdy ma swój cel myślała wszyscy biegną swoimi sprawami, a ja nie mam dokąd iść. Co robić, kiedy prawie nie mam pieniędzy? Nie mogę wrócić do domu, co tam mnie czeka? A zostać tutaj też nie ma miejsca.
Siedziała i siedziała, gdy zrobił się zmrok, aż podeszła do niej pulchna starsza kobieta z małą torbą w ręku.
Dziewczynko, po co tu siedzisz? Od jakiegoś czasu obserwuję cię. Weszłaś do sklepu, wyszłaś, znów tu siedzisz. Czy coś się stało? dopytywała.
Siedzę, bo nie mam dokąd pójść. Przyjechałam z wsi, myślałam, że dostanę się na studia, ale odrzucili mi dokumenty, oceny słabe, a pieniędzy na czesne nie mam płakała Bogna.
Nie masz tu nikogo?
Nie. Nie chcę wracać do domu, bo rodzice ciągle piją, a ja się boję, że zostanę taka jak oni
Nie płacz. Rozumiem cię, skoro zdecydowałaś się wyjechać, to znaczy, że sytuacja była beznadziejna. Musimy pomyśleć, jak dalej żyć. Chodź ze mną, mieszkam w akademiku, nie zostaniesz tu na noc. Nazywam się Nina Szymonowa, ludzie mówią po prostu Szymonowa.
Bogna niepewnie wstała, nie wiedząc, co ją czeka.
Nie bój się, dziewczynko, ja też straciłam dom. Moja własna córka zostawiła mnie na łasce losu, a ja mieszkam w akademiku, bo pracuję jako sprzątaczka.
Bogna w pewnym sensie uwierzyła i otworzyła serce Szymonowej. Podczas drogi do akademika opowiedziała:
Moja córka Tatiana była konduktorką pociągu. Spotkała jakiegoś przedsiębiorcę, przyjechała po pieniądze, by otworzyć wspólnie z nim firmę. Co miałam? warzywa i owoce z ogródka, kozę i kury, dom na wsi, który sprzedałam, zostawiłam sobie trochę na czarny dzień. Mężczyzna mnie oszukał, a córka zniknęła. Zostałam bez niczego, ale dostałam pracę sprzątaczki na dworcu i łóżko w akademiku. Od razu wyczułam, że coś jest nie tak.
W akademiku, w małym pokoju, Szymonowa położyła się przy jedzeniu. Bogna była wyczerpana, jadła bez apetytu, a Szymonowa rzekła:
Rano zawiozę cię do dyrektora restauracji przy dworcu. Tam ciągle potrzebują ludzi, rotacja duża. Jesteś młoda, zdrowa, piękna Bóg cię nie zawiódł.
Myślę, że Antoni weźmie cię pod skrzydła, wtedy będziesz mogła mieszkać w akademiku. Może los się do ciebie uśmiechnie, spotkasz przystojnego chłopaka i wszystko będzie dobrze. A w życiu przyjeżdża mało dziewczyn, które naprawdę odnajdują szczęście.
Dziękuję, Szymonowo, że spotkałam cię na drodze podziękowała Bogna, po czym szybko zasnęła.
Nie znała jeszcze żadnych chłopców. Gdyby wcześniej wiedziała, co ją czeka, los mógłby dać wskazówkę, ale w życiu nie ma takiej pewności. Bogna zakochała się w dyrektorze restauracji, Antonim, od pierwszego wejrzenia. Młody, uśmiechnięty, czarujący, zadawał pytania, a ona odpowiadała. Nigdy wcześniej nie spotkała chłopaka, więc stała się zahipnotyzowana Antoniemu niczym królik przy wężu.
Antoni, z wdziękiem, przyjął tę niewinną piękność na stanowisko kelnerki. Przydzielił jej pokój w akademiku, przechodził obok, uśmiechał się, podsuwał drobne prezenty: szminkę, tusz do rzęs, tanie perfumy. Bogna rozpływała się w tym uczuciu. Pewnego wieczoru, po pracy, zaproponował:
Bogno, wsiądź do samochodu powiedział, gdy wyszła z restauracji. Podwiozę cię, jesteś zmęczona po całym dniu.
Zabrzmiała w niej radość, rumieńce, a Antoni okazał się troskliwym opiekunem. Od rana pędziła do pracy.
Czy naprawdę mam szczęście? Czy zaczęła się moja biała smużka? myślała.
W akademiku przychodziła późno. W weekend przy niej stanął młody chłopak.
Cześć, mieszkasz tu? zapytał.
Tak, na drugim piętrze
Ja też mieszkam w akademiku, nazywam się Maksymilian, jestem kierowcą ciężarówki. Przyjechałem z wsi, żeby zarobić trochę pieniędzy, ale wrócę tam, gdzie serce mnie prowadzi. A ty? Nie widziałem cię wcześniej.
Bogna Też jestem z wsi, dopiero przyjechałam odpowiedziała, słuchając Maksa i myśląc, że w wsi byłoby jej lepiej, lecz wciąż liczyła na miasto.
Czas mijał. Bogna rozmawiała z Maksem, zwłaszcza gdy wracał z trasy, opowiadał o ludziach, miastach i wioskach, które odwiedzał. Nawzajem wymieniali się cukierkami przy herbacie, ale pozostawali przyjaciółmi. Maks rozumiał, że Bogna widzi w nim jedynie przyjaciela, bo serce już przywiązane było do Antoniego.
Antoni wynajął mieszkanie na spotkania, a Bogna w końcu przeniosła się tam z akademiku. Spotykali się potajemnie, ostrożnie. Anton ostrzegł ją:
Bogno, jestem żonaty, ale kocham cię i nie będziesz niczego potrzebować. Bądź dobrą dziewczyną, latem zabiorę cię nad morze.
Bogna nie widziała takiej troski, po prostu tonęła w miłości i opiece. Straciła rozum od szczęścia.
Niech on ma żonę, niech ma rodzinę, ważne, że mnie kocha. Co jeszcze potrzebuję? myślała.
Po pewnym czasie odkryła, że jest w ciąży. Chciała zaskoczyć Antoniego. Gdy wieczorem podbiegł do niej, rzuciła się mu na szyję.
Antoś, będzie dziecko
Co ty sobie wyobrażasz? Powiedziałem ci, że mam rodzinę i dwoje dzieci. Nie potrzebuję dziecka odparł, a jej serce uderzyło w ścianę. Weź te pieniądze, wciągnij się w to w ciągu trzech dni Zastanowię się, czy zostaniesz, a jeśli ktoś się dowie
Zrozumiała wtedy słowa Szymonowej: wielu przyjeżdża do miasta po szczęście, ale niewielu je znajdzie.
Po chwili uspokoiła się, spakowała rzeczy, wyrzuciła klucz do skrzynki pocztowej i wróciła do akademiku. Nie mogła być sama, poszła do Szymonowej, która ponownie podarowała jej herbatę.
O, cóż, dziewczynko, taka właśnie jest twoja dola
Po co on mnie tak rani, kochałem go płakała przy ramieniu Szymonowej.
Mężczyźni są tacy, nie liczą się z niczym. Nie płacz, nie obarczaj się winą. Dziecko przyjdzie, on nie jest winny. Życie przynosi niespodzianki. Przekonasz się, co to znaczy własne dziecko. Teraz los wystawia cię na próbę. Musisz wytrwać, a może los wyciągnie ci pomocną rękę.
Szymonowa uspokajała Bognę tak, że sama się zdumiewała. Po rozmowie z nią wszystko wracało na swoje miejsce, a ciemność życia zaczęła jaśnieć.
Nocą, w akademiku, usłyszała za sobą głos:
Bogno, cześć, wróciłaś? podbiegł radosny Maks.
Widząc radośnie uśmiechniętego Maksa, Bogna rozpadła się w płaczu. Najpierw się zagubił, potem zrozumiał, że coś jest nie tak. Usiadł przy stole w jej pokoju, nalał sobie herbaty i pobiegł po cukierki.
Co się stało, opowiedz, pomogę
Bogna szczerze przyznała się, że zakochała się w Antonim i został zdradzona.
Przestań płakać. Złapałeś oszusta, nie ma sensu się tak męczyć. Musisz myśleć o dziecku i o sobie. Właśnie wracam po zakupy, kupię ci jedzenie, a ty zostaniesz w pokoju. Rozumiesz? uśmiechnął się ciepło, a w jej sercu zaiskrzyło coś nieznanego.
Na progu szepnął:
Nic nie szkodzi, przeżyjemy to, wszystko będzie dobrze. I jeszcze urodzisz mi córkę, tak piękną jak ty.
Wyszedł i zamknął drzwi na klucz. Bogna położyła się na kanapie i zdrzemnęła. Obudziła się, gdy Maks wrócił z pełnymi torbami produktów, rozkładając je na stole i w małej lodówce.
Patrzyła na jego zręczne ruchy, uśmiechała się i znów przypomniała słowa Szymonowej, że los wyciąga pomocną rękę. Tak właśnie się stało. Każdy ma swój los, a Bóg rozdziela życie.
Czas mijał. Bogna i Maks zamieszkali w jego wiosce, kupili dom, który Maks już rozbudował dodał drugi piętro, bo wkrótce w rodzinie miał być przyrost. Nadeszła córka, a ich syn miał już trzy lata. Żyją szczęśliwie i zgodnie.



