Telefon zadzwonił niczym dzwonek w odległej kapliczce. Głos zza słuchawki brzmiał zimno, urzędowo, jakby wyrecywał wyuczony skrypt. Pani mąż miał wypadek. Ale to nie wszystko. Krew w żyłach zdawała się zamarzać, a ja nie zdążyłam nawet zadać pytania, gdy usłyszałam: Musi pani przyjechać do szpitala w Warszawie. Jest przytomny, ale był z nim jeszcze ktoś.
Wybiegłam z mieszkania w klapkach, trzymając jedną ręką klucze, drugą telefon, bez płaszcza, jakby uciekała przed zimą. Na rogu złapałam pierwszą nadjeżdżającą taksówkę; kierowca patrzył na mnie tak, jakby widział przerażoną sowę. W głowie pulsowało jedno pytanie: co to znaczy był z kimś? Kto to był? Kacper miał właśnie wrócić z delegacji w Berlinie, przynajmniej tak mi twierdził.
W szpitalnym lobby prowadzono mnie korytarzem, którego ściany zdawały się falować jak woda. Pielęgniarka spojrzała na mnie z wyrazem znanym z czarnych filmów współczucie, zakłopotanie i chęć szybkiego odcięcia rozmowy. Mąż trafił w wypadek samochodowy. Nie ma złamań, ale ma potłuczone kości i wstrząs mózgu. Leży w sali obserwacyjnej. A kobieta była z nim w aucie. Zginęła na miejscu.
Zamieszanie wzmagało się. Jaka kobieta? Może koleżanka z biura? Może nieznajoma autostopowiczka? Kacper nigdy nie zatrzymywał się dla obcych, nie rozmawiał z nieznajomymi, nie robił nic bez powodu.
Wszedłem do jasnej sali, w której leżał pod kroplówką, z bandażem na czole i podrapaną twarzą. Gdy mnie dostrzegł, odwrócił wzrok i wyszeptał: Cześć. Wtedy w mojej duszy coś pękło. Kim ona była? Koleżanką z pracy? wymamrotałam. Milczał chwilę, po czym rzekł: To nie jest dobry moment. Lecz ja już wiedziałam, co miałem usłyszeć.
Dopiero gdy nastąpił poranek wypisania, Kacper wyznał prawdę. To była Jadwiga. Znamy się od roku. Miała wrócić do męża, ale chciała się pożegnać ze mną. Odwoziłem ją do domu, jechałem zbyt szybko. Wypadliśmy z drogi. Mówił to spokojnie, tak jakby opowiadał o pogodzie, a potem dodał: Nie chciałem, byś dowiedziała się o tym w ten sposób.
Wróciłam do mieszkania, które wydawało się niezmienione: filiżanka po kawie na stole, kapcie pod kaloryferem. Jednak wszystko już nie było tym samym. Kacper chciał udawać, że życie znów się ułoży, że wszystko się naprawi. Ja nie mogłam spać w tym samym łóżku, nie mogłam wdychać tego samego powietrza.
Jadwiga miała trzydzieści dziewięć lat i dwoje dzieci. Przeczytałam o niej w internecie, a jej mąż wystąpił w wiadomościach lokalnych, mówiąc, że nie rozumie, co się stało, że Jadwiga była szczęśliwa i planowali urlop. Patrzyłam na ekran i czułam, że to ja powinnam tam siedzieć ja, która nic nie wiedziała.
Zamknęłam się w sobie. Nie jadłam, nie odbierałam telefonów. Córka przyjechała i rzekła: Mamo, musisz coś z tym zrobić. Co? Zdradził mnie. Zakochał się. I przez pomyłkę zabił kobietę, którą kochał. Co teraz?
Po dwóch tygodniach Kacper znów mówił o ratowaniu małżeństwa. To nie była już rozmowa dwojga ludzi, a monolog człowieka bez wyjścia. Nie płakał po Jadwidze, nie wspominał o niej, jakby chciał wymazać ją z pamięci. Ja czułam, że umarła we mnie część, ta, która mu ufała.
W końcu spakowałam walizkę i pojechałam do siostry w Krakowie. Powiedziałam jedynie: Nie wiem na ile, ale nie chcę już być tłem dla jego kłamstw. Kacper został sam, dzwonił, pisał, raz przyszedł z bukietem, lecz ja nie byłam już tą samą kobietą.



