Dzień 12 marca 2024
Moja siostra Jagoda od lat samotnie podnosiła jedynaka po rozwodzie. Mąż, który okazał się pijakiem, opuścił ją zaraz po narodzinach, nie płacąc już nawet alimentów. Bez wsparcia finansowego sytuacja stała się kryzysowa z trudem wiązała koniec z końcem, a w końcu musiała podjąć pracę, by zapewnić chłopcu choć trochę bezpieczeństwa.
Na szczęście ojciec, mój dziadek, Stanisław, nie zostawiał ich samych. Kiedy Jagoda wstała rano, żeby iść do fabryki, mały Kacper podskoczył z entuzjazmem i wykrzyknął:
Dziadziu, dziś idziemy po grzyby, prawda?
Tak, synku odparł dziadek, przeglądając mapę. Jedziemy do Puszczy Niepołomickiej, podobno tam już grzybki grzybują.
Jagoda skinęła głową i dodała:
Tylko nie wracajcie po zmroku, dobrze?
A kiedy wrócimy, to dopiero dwa wiaderka zbierzemy i od razu w drogę, co nie? mrugnął Stanisław.
Do Puszczy dotarliśmy busem, a potem wyruszyliśmy pieszo. Leśna droga zaczynała się zaraz po wyjeździe z Krakowa, więc nawet siedmiolatek Kacper nie miał problemu, by dotrzeć do początku lasu.
Gdy już zbliżaliśmy się do skraju, zatrzymał nas samochód. Z kierownicy wyjrzał znajomy Jagody Andrzej, dawny sąsiad.
Cześć, Stasiek! Masz zamiar po grzyby? zapytał, widząc nas.
Tak, słyszałem, że w Niepołomicznej już są podszyty odpowiedział dziadek.
Andrzej westchnął:
Wiesz, w Puszczy już wszystko zebrali, ale w Tucholskim lesie jeszcze są podpalniki. Mogę was podwieźć tam, jeśli chcecie.
Zgodziłem się, a Andrzej zostawił nas przy granicy Tucholskiego lasu. Umówiliśmy się, że po połowie dnia wrócimy w drogę razem, a jeśli nie uda się nam wrócić, zadzwonię do Andrzeja, który nas odebrałby.
Kacper, rozbawiony, biegł razem z dziadkiem, zadając mu setki pytań. Dziadek nie szczędził cierpliwości, tłumacząc, które grzyby są jadalne, a które trucizny. Chłopiec podziwiał go niczym bohatera, który zna wszystkie sekrety lasu.
W pewnym momencie, kiedy już mieliśmy pełne kosze, dziadek nagle, z niezdarnym machnięciem ręką, upadł. Kacper początkowo nie dał się zasmucić. Podbiegł do Stasia i spytał:
Dziadziu, się potknąłeś?
Stanisław nie odpowiedział i nie ruszył się. Chłopiec poczuł, jak w sercu rośnie panika. Z całych sił przewrócił go na plecy, potrząsając, lecz dziadek nie reagował. Kacper krzyknął:
Dziadku, wstawaj! Nie bój się, wstawaj! Boję się, dziadziu!
Wieczorem Jagoda wróciła do domu i nie znalazła obu. Zadzwoniła do Stasia, ale telefon był poza zasięgiem. Myślała, że może jeszcze w lesie lecz po godzinie niepokój przerodził się w panikę. Po dwóch godzinach siedziała w komisariacie, wołając o pomoc: Dziecko z dziadkiem! Zniknęli w lesie! Nie wrócili!. Funkcjonariusz, słysząc jej rozpaczy, natychmiast wezwał ochotników.
Volontariusze ruszyli bez wahania. Nie minęły dwie godziny, gdy pierwsza grupa, wraz z Jagodą, podążyła w głąb Puszczy Niepołomickiej. Kacper patrzył na leżącego przy ziemi dziadka i zaczynał się dusić. Potem szepnął do siebie:
Spokojnie, mały, co dziadek nauczył? Nie panikuj. Weź się w garść!
Uderzył się w policzek, co przyniosło mu chwilowy spokój. Potem przypomniał sobie, że musi sprawdzić, czy dziadek oddycha.
Z trudem położył głowę na klatce piersiowej. Mimo słabego podmuchu, klatka wciąż się podnosiła.
Oddycha! Oddycha! zawołał radośnie. Muszę tylko poczekać, aż wróci do siebie.
Zadzwonił do mamy, ale nie było zasięgu. Został więc sam, w ciemnościach.
Zbliżał się noc. Kacper wspominał wszystkie lekcje Stasia o przetrwaniu w lesie:
Gdy nadejdzie noc i dziadek nie otworzy oczu, zmarznie na zimnym podłożu. Muszę działać!
Wziął zapalniczkę z plecaka, zebrał suche gałązki i zaczął rozniecać ogień. Nie od razu, ale w końcu płomień rozbłysł. Potem zebrał kolejne kłody, aby ognisko nie zgasło przed świtem. Podkładał je pod ciało dziadka, mówiąc:
Nie zmarznie, dziadziu, już się rozgrzewasz, tak jak uczyłeś.
W nocy każdy szelest lasu wywoływał u chłopca drżenie. Leżał przy ciepłym ciele dziadka, przykryty brzozowymi liśćmi. Gdy ognisko zaczęło słabnąć, Kacper zdeterminowanie podsuwał kolejne kawałki drewna, powtarzając:
Pamiętam, dziadku, ognisko nie może zgasnąć. Pamiętam.
Rankiem Kacper wypił część herbaty z termosu i podał resztę dziadkowi, podnosząc mu głowę. Wiedział, że woda jest niezbędna. W pobliżu zobaczył leśny źródełko. Zanim jednak dotarł do niego, zauważył krzew z czerwonymi jagodami.
Jagody wilcze, nie wolno je jeść przypomniał sobie słowa Stasia. Ale przydadzą się jako znak.
Napełnił termos jagodami i ruszył w stronę źródła, zostawiając za sobą szlaki z czerwonych jagód.
Poszukiwania w Puszczy Niepołomickiej trwały już trzeci dzień. Leśne patrolowanie nieustannie się powtarzało, przybywały nowe grupy ochotników. Jagoda, nieprzespana trzy dni, z czarnymi kręgami pod oczami biegła od jednego wolontariusza do drugiego, nie przestając wołać: Szukajcie dalej! Nie poddawajcie się!. Mimo że czuła się wyczerpana, strach o syna dawał jej siłę.
Po czterech dniach jeden z wolontariuszy, nabierając odwagi, podszedł do Jagody i rzekł:
Statystyki mówią, że po trzech dniach szanse na odnalezienie żywych maleją. Może spróbujemy przeszukać bagnisko za lasem?
Nie! wykrzyknęła Jagoda. Dziadek znał tę okolicę, nigdy nie poprowadziłby Kacpra w bagno! Są żywi, wiem to! Musimy kontynuować!
Piątego dnia Jagoda, ledwo stojąc na nogach, przechodziła przez drogę, gdy zatrzymał się samochód. Z niego wysiadł Andrzej, stary znajomy ojca Jagody.
Jagodo, co się tu dzieje? zapytał, spoglądając na grupę poszukiwaczy.
Andrzej poczuł, że serce mu przyspiesza, kiedy usłyszał historię.
To się stało pięć dni temu, podwoziłem ich do Tucholskiego lasu.
Jagoda krzyknęła:
Pójdźcie tutaj! Wszystko tutaj!
Po kilku godzinach młody studentochotnik, który przeszukiwał Tucholski las, wyczuł zapach dymu. Dotarł do słabego ogniska, przy którym leżały dwie sylwetki podlistnią.
Alosza! zawołał cicho, mając nadzieję na cud.
Jedna z postaci poruszyła się to był Kacper, który wstał nieco słabiej, ale żywy.
Szukaliście nas długo. Dziadek wstawał kilka razy, dałem mu wodę i chleb. Jest przytomny, tylko nie przytomny w pełni powiedział, szepcząc.
Jagoda, z trudem trzymająca się za rękę, patrzyła, jak lekarz podnosi dziadka na nosze, by zabrać go do szpitala.
Dziadku, przeżyj, potrzebuję cię! Masz jeszcze mnóstwo rzeczy, które chciałeś mnie nauczyć szeptał Kacper.
Patrząc na te wydarzenia, uświadomiłem sobie jedną prawdę: nawet w najgłębszej ciemności, gdy wszystko zdaje się stracone, odwaga i miłość potrafią rozświetlić każdy las. Dlatego dziś zapisuję tę historię, by nie zapomnieć: nigdy nie rezygnujmy z nadziei, bo to ona prowadzi nas przez najmroczniejsze chwile.



