30 października 2025
Dziś wstawałam jak co dzień, myśląc o Jarku, który od kilku tygodni jest już jedynym moim światem. Po rozwodzie z Michałem, który od razu po narodzinach zniknął z naszego życia, zostałam sama z małym chłopcem. Nie miałam żadnego wsparcia jedyną osobą, na którą mogłam liczyć, był mój ojciec, Janusz Kowalski, który nie tylko pomagał mi w obowiązkach domowych, ale i płacił rachunki, kiedy mój były mąż przestał płacić alimenty.
Po rozwodzie pieniądze zaczęły się wyczerpywać, więc musiałam szukać pracy. Gdy podjęłam pierwszą z nich, Janusz westchnął i powiedział:
No cóż, musisz iść do pracy. Ja zajmę się Jarkiem, nie martw się.
Od tego dnia Jarek spędzał całe popołudnia z dziadkiem. Zauważyłam, że chłopiec bardzo się przywiązał do jego opiekuna, co wywoływało we mnie dziwną zazdrość. Pracowałam od rana do wieczora i ledwo miałam chwilę, by przytulić synka.
Rano, kiedy szykowałam się do wyjścia, Jarek podskoczył nagle i z szerokim uśmiechem oznajmił:
Dziadku, idziemy po grzyby, prawda?
Spojrzałam na ojca i spytałam:
Tato, naprawdę? Gdzie zamierzacie iść?
Do Puszczy Niepołomickiej, mówią, że już pojawiły się podgrzybki odpowiedział Janusz. Dziadek od lat był zapalonym grzybiarzem i wędkarzem, a od dziecka uczył mnie, jak rozpoznawać dobre plony.
Zgodziłam się, prosząc jedynie:
Proszę, nie zostawajcie nas po zmierzchu.
Kiedy wpadniemy w noc, weźmiemy dwa wiaderka i wrócimy do domu, co nie, Jarku? mrugnął dziadek.
Dojechaliśmy autobusem aż do przystanku granicznego, a potem przeszliśmy pieszo. Puszcza zaczyna się tuż za wjazdem do Krakowa, więc nawet siedmiolatek nie miał problemu z dojściem.
Gdy jeszcze nie dotarliśmy do lasu, przydrożny samochód zwolnił.
Cześć, Stasiek! Co słychać? Znowu po grzyby? zawołał kierowca.
To był mój stary znajomy, Andrzej Nowak, który prowadził małą firmę transportową.
Słyszałem, że podgrzybki już prawie zniknęły w Niepołomicach. Lepiej pojechać dalej, do Puszczy Tarkowskiej, tam jeszcze coś znajdziemy. Chcesz podwieźć? zaproponował.
Jeśli możesz, to poproszę odpowiedział Janusz.
Andrzej zajechał nas pod brzeg Puszczy Tarkowskiej. Umówiliśmy się, że po powrocie spróbujemy złapać kolejny autobus, a jeśli nie uda nam się wrócić, zadzwonię do Andrzeja, a on nas odbierze.
Jarek biegał po lesie, rozmawiając z dziadkiem, który cierpliwie odpowiadał na każde pytanie sześcioletniego odkrywcy. Dla chłopca Staszek był bohaterem, który znał wszystkie sekrety przyrody.
Grzybów naprawdę było pod dostatkiem. Zainteresowani, zagłębiliśmy się głęboko w las, kiedy nagle dziadek, machając niezgrabnie rękami, upadł.
Jarek najpierw nie przestraszył się. Podszedł do Staszka i zapytał:
Dziadku, potknąłeś się?
Dziadek nie odpowiedział i nie ruszał się. Chłopiec przestraszył się, położył go na plecy i mocno potrząsał, ale Staszek nie reagował. Jarek krzyczał:
Dziadku, wstawaj! Nie zostaw mnie samego!
Wieczorem wróciłam do domu i nie znalazłam żadnych śladów po grzybiarzach. Natychmiast zadzwoniłam do ojca, ale nie mogłam połączyć się, bo był poza zasięgiem.
Gdzie oni są? Czy już wrócili? myślałam, coraz bardziej się niepokojąc. Po godzinie moje lęki przerodziły się w panikę. Po dwóch godzinach siedziałam w komisariacie, wymamajac się słowami, by przekonać dyżurnego, że potrzebny jest natychmiastowy zespół poszukiwawczy. Funkcjonariusz, poruszony moim wołaniem: Chłopiec i dziadek! Nie wrócili!, natychmiast wezwał wolontariuszy.
Wolontariusze przybyli szybko. Nie minęły dwie godziny, a pierwsza grupa wraz ze mną i kilkoma policjantami ruszyła na przeszukiwanie Puszczy Niepołomickiej. Dziś, patrząc na nieruchome ciało dziadka, Jarek krzyczał, a potem sam do siebie powiedział:
Spokojnie, mały, pamiętasz, co nauczył cię dziadek? Nie panikuj w trudnych chwilach. Weź się w garść!
Podrapał się po policzku, co pomogło mu przestać płakać.
Muszę sprawdzić, czy dziadek oddycha powtórzył sobie Jarek. To był najgorszy koszmar myślał, że może nie oddycha.
Pokonał strach i położył głowę na dziadkowym piersi. Klatka piersiowa lekko się podnosiła.
Oddycha! Oddycha! cieszył się chłopiec. Musiał po prostu poczekać, aż dziadek odzyska przytomność.
Jarek usiadł i zaczął czekać, próbując zadzwonić do mnie, ale sieć nie działała. Czekał więc w ciszy, aż zapadł zmrok.
Wspomnienia dziadka o przetrwaniu w lesie przewijały się w głowie Jarka:
Kiedy zapadnie noc i dziadek nie odzyska przytomności, zmarznie na zimnej ziemi. Muszę działać!
Wyciągnął zapalniczkę z plecaka, zebrał suche gałązki i rozniecił ognisko. Nie od razu, ale w końcu płomień rozbłysł.
Teraz trzeba jeszcze drewnianek na noc, aby ogień nie zgasł pomyślał.
Zaczął łamać gałązki z sosnowych drzew, niosąc je pod dziadka.
Nie zamrozisz się, dziadku. Zbiorę jeszcze trochę i okryjemy się gałęziami, tak jak nauczyłeś.
Noc była przerażająca. Dźwięki lasu sprawiały, że Jarek ledwo powstrzymywał łzawienie. Przytulił się do cieplejszego ciała dziadka, przykrył go kocem z liści. Gdy ogień przygasał, odważnie podniósł się i dodał kolejnych kawałków drewna.
Pamiętam, dziadku, ogień nie może zgasnąć.
Rankiem Jarek wypił herbatę z termosu, podając połowę chłodnemu dziadkowi przez otwartą buzię.
Potrzebujemy wody, bez niej nie przeżyjemy pomyślał.
Niedaleko zauważył leśny źródełko. Spojrzał wokół i zobaczył krzak z czerwonymi jagodami.
Jagody wilcze, nie wolno ich jeść przypomniał sobie słowa dziadka. Nie zjem ich, ale przydadzą się później. Napełniłem termos jagodami i ruszyłem w stronę źródła, zostawiając za sobą czerwone perełki.
Poszukiwania w Puszczy Niepołomickiej trwały już trzeci dzień. Las był przeszukany niejednokrotnie, a z miasta przybywało kolejnych wolontariuszy, usłyszawszy o naszej tragedii. Wydawało się, że ja i Staszek zniknęliśmy po prostu w lesie.
Ja, nieprzespana trzy dni, z czarnymi kręgami pod oczami, biegałam między grupami poszukiwawczymi, błagając, by nie przestawali szukać. Unikałam całego lasu, ale strach o syna dodawał mi sił.
Czwarty dzień przyniósł zmianę. Jeden z wolontariuszy, nabierając odwagi, podszedł do mnie i rzekł:
Statystycznie po trzech dniach szans na odnalezienie żywych jest mało. Las już sprawdziliśmy. Za lasem jest bagno, może tam szukać?
NIE! krzyczałam. Dziadzio znał te tereny, nigdy nie zawiódł. Są żywi, wiem to! Musimy dalej szukać!
Piątego dnia, wychodząc z lasu na drżącą nogą, zobaczyłam nadjeżdżający samochód. Zatrzymał się i wysiadł Andrzej Nowak, stary znajomy mojego ojca.
Łucja, co tu się dzieje? zapytał, patrząc na zamieszanie wokół.
Jego twarz natychmiast pobladła, gdy usłyszał, co się stało.
Pięć dni temu podwoziłem ich do Puszczy Tarkowskiej.
Tu, przybądźcie wszystkie! krzyknęłam.
Kilka godzin później młody studentwolontariusz, przemierzający Puszczę Tarkowską, wyczuł dym. Podszedł do ledwo tlącego się ogniska i zobaczył dwie postaci owinięte w liśćmi.
Aleks? zawołał, nie wierząc własnym uszom.
Jedna z postaci, mały chłopiec, poruszyła się.
Szukaliście nas tak długo. Dziadek kilka razy odzyskiwał przytomność, dawałem mu wody i chleb. Jest żywy, tylko nieprzytomny wyszeptał Jarek.
Zobaczyłem, jak Jarek, trzymając matkę, patrzy, jak wolontariusze przenoszą Staszka na nosze.
Dziadku, proszę, żyj! Potrzebuję cię, masz jeszcze tyle, co mi nauczyć szepnął.



