W sąsiedztwie plotkowano o jej córce, ale to były kłamstwa, bo wstyd było przyznać prawdę. W zawiniątku przygotowanym na śmierć leżały też listy… od córki. Halina wyjęła je i położyła zmarłej pod poduszkę. Niech zabierze je do grobu, a wraz z nimi… swój straszny wstyd.
Z życia wzięte. Straszny wstyd.
Jadwiga od młodości wierzyła w sny. Tak jakoś się złożyło. Gdy któraś z dziewczyn w brygadzie opowiadała sen, ona zawsze potrafiła wyjaśnić, co oznacza. Rzadko się myliła. Swoje własne sny tłumaczyła sobie sama. A jeszcze w snach… latała! Czasem unosiła się nad chatami i leciała w dal, aż dech zapierało! Jeden sen powracał do niej z regularnością. Białe konie w siwych jabłkach zaprzęgnięte do sań, a w saniach ona z Kazimierzem trzymają lejce. Konie nabierają takiego rozpędu, że wzbijają się w niebo! Oboje pochylają się w saniach, lecą… Śniło jej się to wielokrotnie, dopóki Kazimierz żył. A gdy go zabrakło, wciąż latała na tych koniach, ale on już nie brał lejców… Stał obok i się uśmiechał… Ten nocny lot zawsze ją cieszył, choć wiedziała, że konie we śnie to zwiastun choroby, a może i śmierci… Po takim śnie albo ciśnienie skakało, albo serce zaczynało kłuć…
Tej nocy znów stali razem w saniach. Ale nikt już nie kierował podróżą. Lejce zniknęły. Konie wznosiły się coraz wyżej, aż pod same chmury! Na obłoku siedział mały aniołek ze skrzydełkami i uśmiechał się do nich. Krysia! Moja Krysia! krzyknęła we śnie Jadwiga tak głośno, że się obudziła…
Czas już… Czas się zbierać… szeptała do siebie. Bez żalu, bez rozpaczy…
W chacie zawsze lubiła porządek, więc umyła podłogę i wytrzepała tkane chodniki. Wyjęła zawiniątko, które od dawna przygotowywała na śmierć, wszystko rozłożyła, nawet zostawiła wskazówki, co i gdzie ma być. Bo bez niej nikt by tego nie ogarnął. Obcy ludzie by szukali… A przyjdzie Halina, kto by inny! To ona teraz do niej zaglądała, przyjaciółka i niemal siostra. Wielu dawnych towarzyszek już nie żyło, a i tak nikt by nie przyszedł, bo nogi bolały. Ale Halina była sprawna. Przybiegnie…
Jadwiga wzięła szkolny zeszyt, długopis i zaczęła pisać list.
Wybacz mi, Halu. Jesteś mi najbliższa. Żyłyśmy jak siostry… Nie wyjawiaj ludziom, proszę, mojego strasznego wstydu. Mnie już to nie będzie bolało, gdy będą plotkować, ale mimo to błagam… Latami kłamałam wszystkim, nawet tobie, siostro, że mam troskliwą córkę, tylko nie przyjeżdża, bo choruje… A prawda jest taka, że nie wiem, gdzie ona jest. Myślę, że żyje, ale zostawiła mnie dawno temu. Żeby nie było wstydu patrzeć ludziom w oczy, kłamałam, i tobie też… Nie czekaj na moją córkę, nie szukaj jej… Pochowaj mnie przy Kazimierzu, tam, gdzie miejsce zostawiłam. Chatę i wszystko, co w niej jest, zostawiam tobie. Może twoim dzieciom się przyda. Nie potrafiłam dobrze wychować córki… Straszny wstąd za to czuję. Niech idzie ze mną do grobu… Proszę cię, siostro…
Jadwiga solidnie napaliła w piecu, zamknęła klapę od komina i położyła się spać…
Halina już wieczorem zauważyła, że u przyjaciółki nie świeci się światło, ale czy mogła się domyślić?
Czy zmarła nie zostawiła jakiejś notatki? pytał policjant, który przyjechał stwierdzić zgon samotnej kobiety.
Nic nie było… Nic… Tylko ciężko jej było z samotnością i tyle… odpowiadała Halina, ściskając w kieszeni zmięty pożegnalny list przyjaciółki.
* * *
Jej Krysia rosła na piękną i mądrą dziewczynę. Jedyną, ukochaną. Kazimierz, żonaty agronom z PGR-u, zakochał się w zwykłej pracownicy rolnej. Zgodnie z prawami tamtych czasów mógł stracić pracę i legitymację partyjną, ale jakoś się wykręcił tylko go upomniano i… sprawa ucichła. Z żoną nie mieli dzieci, a tu prosta kobieta rodzi nieślubne dziecko agronoma! Mówili, że sam przewodniczący miał ręce w maśle, więc szybko doprowadził do rozwodu i ślubu z Jadwigą. Nie ma tu miejsca na bezdzietność! stukał pięścią w stół. Była żona wyjechała do miasta i podobno znalazła sobie mieszczucha, a oni żyli w zgodzie, córkę wychowywali, tylko… nie długo i nie szczęśliwie.
Podobne konie, jak te ze snów, ale prawdziwe, przyniosły nieszczęście. Kazimierz wracał późnym wieczorem z pola rowerem od kombajnów. W ciemności wpadł na niego rozpędzony zaprzęg. Woźnica był pijany i go nie zauważył. Gdyby ktoś wcześniej go znalazł! Jadwiga czekała do świtu, nie zmrużywszy oka. Znaleźli go rano… już martwego. Można go było uratować, gdyby ktoś go wcześniej zobaczył. Taki już los…
Byli u Jadwigi i adoratorzy… Ale ona na nich nie patrzyła. Żyła tylko dla córki. A ta początkowo cieszyła matkę. Uczyła się świetnie. Występowała nie tylko we wsi, ale i w powiecie. Bo i śpiewała, i tańczyła! Wszyscy mówili, że to talent! A jeszcze miała szczęście! Za pierwszym razem dostała się do samej Akademii Sztuk Scenicznych w Warszawie!
Jadwiga nie mogła się nacieszyć córką. Ciągle starała się jeździć do dziecka, przywozić jedzenie, odwiedzać. Pierwszy rok Krysia się cieszyła, sama przyjeżdżała przy każdej okazji. Ale z czasem zaczęła się oddalać. Nawet matce zaczęła odpowiadać ostro. Nerwowa stała się. Wszystko jej nie pasowało. Raz, drugi Jadwiga przyjechała córki nie było w akademiku. Mówili, że znalazła sobie jakiegoś zagranicznego narzeczonego. Ze studiów ją wkrótce wyrzucili. Byli koledzy mówili, że ten cudzoziemiec wciągnął Krysię w narkotyki. W tamtych czasach na wsi jeszcze nie wiedzieli, co to za problem. Co za wstyd dla matki! Straszny wstyd! Gdzieś rok po ostatnim spotkaniu Krysia napisała do matki list. Żeby zapomniała i nie szukała. Ona ma swoje życie!
Bywało, Jadwiga plewiła buraki na polu, każdy rząd ciągnął


