Ojej, kto to? zdziwiła się Kinga, wchodząc do kuchni przyjaciółki.
Pod żółtym światłem lampy, w kącie przy najmniejszej szafce, skulony siedział łysiejący mężczyzna po czterdziestce. Skromnie, ale dość sprawnie kroił koperek szerokim nożem należącym do Ewy.
Kinga, to Marian. Marian, to Kinga mruknęła Ewa, wyraźnie zmieszana. Masz cukier, chodźmy.
Wcisnęła sąsiadce do rąk blaszankę oznaczoną kryształkami cukru i szybko wypchnęła ją do przedpokoju.
Miło mi! zdążyła jeszcze głośno krzyknąć Kinga przez ramię, próbując w lot ocenić nowego znajomego przyjaciółki.
Niestety, nawet w szczegółach nie robił wrażenia. Nie było nic, co tłumaczyłoby tak szybkie wprowadzenie go pod dach Ewy, w jej fartuch w pączki.
Marian, zaraz wracam! krzyknęła Ewa w stronę kuchni i zatrzasnęła drzwi.
W przedpokoju Kinga złapała ją mocno za ramię:
Gadaj!
No co mam gadać? próbowała wymigać się Ewa. Ech, dobra, chodź.
Wyszły z mieszkania, minęły ciasny przedpokój i wśliznęły się do sąsiedniego dwupokojowego mieszkanka.
W domu Kingi pachniało cynamonem i perfumami Chanel. Całe wnętrze, począwszy od śnieżnobiałego pufa przy drzwiach, świadczyło o troskliwym podejściu gospodyni do swojego otoczenia.
Nie to, co u mnie! zawsze z żalem myślała Ewa, odwiedzając przyjaciółkę, i przypominała sobie o odklejających się tapetach w swoim korytarzu.
Gadaj! powtórzyła stanowczo Kinga.
Dosypała cukier do miski z kremem, chwyciła trzepaczkę i czekała.
A gdzie twój Krzysztof? znów spróbowała zmienić temat Ewa.
Na zebraniu. Wróci późno. No więc?
No co? Zobaczyłam go na targu. No i… zabrałam.
Jak to? Kinga zmarszczyła brwi z niedowierzaniem.
No, stoi facet z zieleniną. W płaszczu, wygląda przyzwoicie, ale taki zaniedbany. Podeszłam. Ile za koperek? pytam. A on na to: A mogę pani go podarować?. Ja: Dlaczego?. A on: Bo tak sobie wymyśliłem jeśli podejdzie do mnie kobieta ze smutnymi oczami, to jej wszystko oddam. Proszę wziąć, sam wyhodowałem.
No i?..
No i wzięłam. Obróciłam się, żeby iść, ale nagle pytam: A skąd pan wie, że mam smutne oczy? Wcale nie są smutne. A on popatrzył na mnie w milczeniu… Potem wziął moje torby i poszedł obok.
A ty? Kinga zapomniała o trzepaczce i podrapała się nią po wystylizowanej grzywce.
A ja idę, milczę, myślę, co robić. No i uznałam przecież to człowiek samotny. Niech będzie. Poznaliśmy się w drodze.
No nie wierzę! I tak po prostu wzięłaś go z ulicy do domu? Schowałaś chociaż coś cenniejszego?
Kinga! oburzyła się Ewa. Co ty wygadujesz? To przecież lekarz. Rentgenolog.
Tak? Widziałaś jego dokumenty?
Słuchaj, sama mi kiedyś opowiadałaś! zasmuciła się Ewa. O awokado…
Jakim awokado? Kinga była całkiem zagubiona.
A Ewa znów przypomniała sobie tamten wieczór na tej samej kuchni…
Awokado rozłożyło się przed nią w cienkich plastrach, przechodzących od ciemnej zieleni przy skórce do oliwkowobiałej barwy przy pestce.
Ewa nigdy nie umiała wybrać dobrego awokado. Stojąc przy straganie, długo przebierała ciemne, błyszczące owoce, próbując wyczuć palcami miękkość miąższu. Odkładała jedne, brała inne, minuty płynęły, a ona wciąż próbowała zgadnąć tajemnicę idealnego awokado.
Czasem wydawało jej się, że ją odkryła. Wtedy radośnie niosła ulubiony owoc (okazało się kiedyś, że to nie warzywo ani owoc, ale jagoda) do domu. W kuchni od razu brała nóż i z drżeniem wbijała go w miąższ. Ale zwykle nóż napotykał opór, jak przy krojeniu ziemniaka. Wtedy już wiedziała smak będzie marny. W takich przypadkach zostawiała niedojrzały owoc na stole, by doszedł w ciągu kilku dni.
Ale tamtego dnia na talerzu leżało właśnie to awokado. Kupiła je Kinga znacznie lepsza w wyborach. Ewa złapała widelec, delikatnie nabrała kawałek i położyła go na języku. Takiego awokado nie trzeba żuć wystarczyło zamknąć usta, by jego świeży smak z nutą orzecha wypełnił całe wnętrze…
Wtedy powiedziałaś, że awokado nie ocenia się po wyglądzie. I po dotyku też nie zawsze. Trzeba je poczuć wyjaśniła Ewa, wracając z wspomnień.
Ale co ma awokado do facetów?
No, u ciebie zawsze wychodziło. Jak z awokado… Nie tak jak u mnie opuściła głowę Ewa.
I co, poczułaś tego… Mar



