„Wiozłem mnie na wózku korytarzami szpitala wojewódzkiego.”

15 listopada 2024
Dziś wóz szpitalny przewoził mnie wzdłuż szpitalnych korytarzy w wojewódzkim szpitalu w Krakowie.
Dokąd? zapytała jedna pielęgniarka drugą.
Może do oddzielnego, a może do ogólnego?
Po co do ogólnego, skoro jest wolny pokój?

Obie spojrzały na mnie z ciepłym współczuciem. Dopiero później dowiedziałem się, że oddzielne sale przeznaczane są dla umierających, żeby nie były widziane przez innych.
Lekarz kazał przenieść mnie do oddzielnego powtórzyła pielęgniarka.

Uspokoił mnie ten fakt. Gdy położyłem się na łóżku, ogarnęło mnie niesamowite wyciszenie nie musiałem już nigdzie iść, nie miałem żadnych długów wobec nikogo. Czułem się odłączony od świata, a to, co się w nim działo, nie miało już dla mnie wagi. Nie interesowało mnie nic i nikt. Otrzymałem przywilej odpoczynku. Zostałem sam ze sobą, ze swoją duszą, ze swoim życiem. Problemy zniknęły, zamieszanie przestało istnieć, a ważne pytania odejść odszedły w niepamięć. Ta chwilowa gonitwa wydała się mikroskopijną w porównaniu z wiecznością.

Wtedy wokół mnie znów rozbrzmiało prawdziwe Życie! Okazało się, że to wspaniałe: poranny śpiew skowronków, promień słońca wzierający się po ścianie nad łóżkiem, złociste liście topoli machające w okno, głęboko niebieskie, październikowe niebo, szum miasta budzącego się od dźwięków aut, stukot butów na brukowanej ulicy, szelest opadających liści Boże, jakie piękne Życie! Dopiero teraz to pojąłem.

No i niech tak będzie powiedziałem sobie. Zrozumiałem to i mam jeszcze parę dni, by cieszyć się nim i kochać je całym sercem.

Poczucie wolności i szczęścia przerodziło się w potrzebę podziękowania Bogu, który w tych chwilach był mi najbliższy.

Panie! wykrzyknąłem radośnie. Dziękuję Ci, że pozwoliłeś mi dostrzec, jak cudowne jest życie i pokochać je. Nawet jeśli zbliża się koniec, nauczyłam się, jak pięknie żyć!.

Wypełniała mnie spokój i radość. Świat wokół brzmiał jak dzwon, otulony złotym światłem Boskiej miłości. Wydawało się, że miłość stała się rzeczywista i dawająca życie. Wszystko, co widziałem, napełniało się tym złotym blaskiem i energią. Kochałem!

Oddzielny pokój i diagnoza ostra białaczka czwartego stopnia oraz nieodwracalny stan organizmu miały swoje zalety. Do pacjentów przyjmowano odwiedzających w każdej chwili. Rodzinom zaproponowano przyzwanie bliskich na pożegnanie, więc do mnie podeszła kolej żałobnych krewnych. Rozumiałem ich trudności: o czym rozmawiać z osobą umierającą? Co ona wie? Śmieszyło mnie ich zdezorientowane wyrazy twarzy. Cieszyłem się, że jeszcze ich wszystkich zobaczę! Najbardziej chciałem podzielić się z nimi miłością. Rozbawiłem bliskich i przyjaciół, opowiadając wesołe historie z życia. Na szczęście wszyscy wybuchli śmiechem, a pożegnanie odbyło się w atmosferze radości i satysfakcji.

Po trzech dniach znudziło mnie leżenie. Zacząłem krążyć po sali, usiąść przy oknie. Złapała mnie pielęgniarka i zaczęła się denerwować, że nie mogę wstać.

– Czy to coś zmieni? zapytałem.
– Nie przyznała z rozbawieniem lekarz. Ale nie możesz chodzić.
– Dlaczego?
– Twoje wyniki wskazują na śmierć. Nie możesz żyć, a już próbujesz wstać.

Mijały cztery dni, które wyznaczono mi jako maksymalne. Nie umierałem, a z apetytem jadłem banany. Czułem się dobrze, a lekarz była zdezorientowana: wyniki nie zmieniały się, krew kapała ledwo różowym odcieniem, a ja zaczęłam wychodzić na korytarz, by obejrzeć telewizję. Litość do lekarza rosła; miłość wymagała radości otoczenia.

– Doktorze, jak chciałby Pan zobaczyć te wyniki? zapytałem.
– Przynajmniej tak odparła, pisząc jakieś litery i cyfry. Nic nie rozumiałem, ale starannie je przeczytałam. Lekarz mruknął coś i odszedł.

O dziewiątej rano wpadła do sali krzycząc:

– Co Pan robi?!
– Co robię? odpowiedziałem.
– Wyniki! Są takie, jakie Pani napisała.
– A skąd ja to wiem? I co z tego?

Śmiech ucichł. Przenieśli mnie do wspólnej sali. Krewni już się pożegnali i nie wracali. W sali było jeszcze pięć kobiet, które patrzyły w ścianę i milcząco odchodziły w stronę śmierci. Przetrwałam trzy godziny. Moja miłość zaczęła się dusić trzeba było działać natychmiast.

Wyciągnęłam z pod łóżka arbuz, położyłam go na stoliku, pokroiłam i donośnie oznajmiłam:

– Arbuz łagodzi nudności po chemioterapii.

Po sali rozniósł się zapach nadziei. Sąsiadki niepewnie podeszły do stołu.

– Naprawdę pomaga? zapytały.
– Tak potwierdziłam, znając się na temacie.

Arbuz chrupnął soczyście.

– Rzeczywiście, minęło powiedziała pani przy oknie.
– I u mnie i u mnie dodały reszta, radośnie kiwając głowami.

– Proszę skinęłam z zadowoleniem i zaczęłam opowiadać kolejne zabawne historie.

O drugiej w nocy pielęgniarka wpadła do sali i się oburzyła:

– Kiedy przestaniecie się śmiać? Nie pozwalacie, by cały oddział zasnął!

Po trzech dniach lekarka niepewnie poprosiła mnie:

– Czy mogłaby Pani przenieść się do innej sali?
– Po co?
– W tej sali stan wszystkich się polepszył, a w sąsiedniej jest ciężko.

– Nie! krzyknęły moje współpacjentki. Nie wypuszczajcie nas!

Nie wypuścili nas. Tylko przybyli sąsiedzi, by usiąść, porozmawiać, pośmiać się. Rozumiałem dlaczego w naszej sali mieszkała miłość. Otaczała każdego, dawała poczucie przytulności i spokoju. Najbardziej spodobała mi się szesnastoletnia dziewczynka w białej chustce związanej na karku kokardką, przypominająca króliczka. Miałam w niej chłoplaka z węzłem, a jej uśmiech był nieśmiały, lecz po tygodniu rozkwitł, gdy lekarstwa zaczęły działać. Zorganizowaliśmy małe przyjęcie, rozstawiając pięknie nakryty stół.

Nasz dyżurny lekarz patrzył na nas zdumiony, po czym rzekł:

– Pracuję tu trzydzieści lat, a takiego widziałem po raz pierwszy.

Odwrócił się i odszedł. My długo się śmialiśmy, przywołując wyraz jego twarzy.

Czytałem książki, pisałem wiersze, patrzyłem przez okno, rozmawiałem z sąsiadkami, spacerowałem po korytarzu i kochałem wszystko, co zobaczyłem: książkę, sąsiadkę, samochód na podwórzu, stare drzewo Zastrzyki witamin były bolesne, ale trzeba było je przyjmować. Lekarka rzadko ze mną rozmawiała, jedynie spojrzała przechodząc obok, a po trzech tygodniach szepnęła:

– Hemoglobina jest o 20 jednostek wyższa niż u zdrowego człowieka. Nie ma potrzeby jej podnosić dalej.

Nie mogła potwierdzić diagnozy. Czujesz się lepiej, choć nikt cię nie leczy! dodała.

Kiedy wypisywano mnie ze szpitala, lekarz przyznał:

– Szkoda, że odchodzisz, mamy jeszcze tyle ciężkich pacjentów.

Z mojej sali wszyscy zostali wypisani, a wskaźnik śmiertelności w oddziale spadł o trzydzieści procent. Życie trwało dalej, ale patrzyłem na nie innymi oczami, a sens stał się prosty. Trzeba nauczyć się kochać, a wtedy pragnienia się spełnią, jeśli formułujesz je z miłością. Jeśli nie oszukujesz, nie zazdrościsz, nie gniewasz się i nie życzysz nikomu zła To wszystko jest tak proste! Bo prawda jest taka, że Bóg jest Miłością! Wystarczy tylko pamiętać o tym i dzielić się nią z innymi. Niech Boża Miłość wypełni wszystko i wszystkich!

Lekcja, którą wyniosłem: najcenniejszy dar to umiejętność kochać i dzielić się miłością, bo wtedy każdy dzień ma sens.

Rate article
Fajna Tajna
„Wiozłem mnie na wózku korytarzami szpitala wojewódzkiego.”