Moje ostatnie słowo. Ty, córeczko, obrażaj się na tatę ile chcesz.

Dzień 5. Ostatnie moje słowo. Droga Jadwiga, obrażaj się na mnie, ile chcesz. Tylko dusza jego zgniła. Nie dyskutuj, Jadwiga. Idź za Markiem i koniec. Z nim życie będzie jak za kamiennym murem, nie usłyszysz złych słów. On jest dobrym człowiekiem, rozumiesz?

Patrzyłem, jak próbuje objąć swoją córkę.

Wiedziałam, że nie odważę się sprzeciwić woli ojca, ale wyrwałam mu rękę i płacząc krzyknęłam: Na podglądanie nie ma siły!.

Stanisław Baranowski spojrzał w niebieskie oczy ukochanej dziewczyny. Samodzielna, uparta. Nie pozwolę, by była nieszczęśliwa. Zdecydowanie rzekł: Będziesz kochać przymusowo! Idź, Jadwiga!.

Nad Wisłą czekał na nią Wojciech. Serce mi znowu zabiło. Jaki piękny był, jakby chciał przeżyć z nią całe życie.

W tej chwili Jadwiga nienawidziła ojca! Nigdy nie pomyślałaby, że może czuć tak silnie ojciec był dla niej wzorem i opoką. Lecz błagania i słowa nie pomogły.

Co z ojcem? Zły czy odszedł? zapytał Wojciech, przeczesując ciemne loki i patrząc w jej zielone oczy otoczone gęstymi rzęsami.

On powiedział, że nie możemy być razem. Wszystko daremne Nie da się go namówić gorzko zapłakała nad pierśniętym chłopakiem.

Spróbuj jeszcze! I co mi w tym nie odpowiada! Nasz dom, gospodarstwo, ale on się czepia wkurzony odrzuł nogą kaczątko, które pływało przy brzegu.

Ty, kaczątko! Ostrożnie! krzyknęła Jadwiga.

Ach, co ma być, to będzie. Kaczka i kaczka. Nie dotykaj jej, bo się podniesie. Chodźmy lepiej na spacer odprowadził Wojciech dziewczynę w stronę lasu.

Wracając wkrótce do domu, natknęła się na Marka. Chłopak, widząc Jadwigę, silnie się zaróżowiał.

Niski, piegawy, blond włosy i przejrzyste niebieskie oczy, które Jadwiga nazywała wyblakłe. Całkiem niepozorny, w przeciwieństwie do Wojciecha. Dlaczego ojciec się opiera? Jadwiga chciała mu coś wymówić, lecz zobaczyła w rękach Marka kaczątko.

Dokąd się wybierasz? uśmiechnęła się.

Szedłem nad Wisłę. Kąpałem się. Zobaczyłem leżące. Podniosłem, a ono jęcza tak żałośnie. Nóg chyba uraziłem. Ojcu pokażę, bo on leczy zwierzęta odpowiedział Marek, patrząc w oczy Jadwigi.

Zrozumiała, że to samo kaczątko, które trafiło w ręce Wojciecha, nie dostało od niego pomocy. Czerwieniąc się, szybko odeszła.

Czuła wstyd, że jej ukochany skrzywdził malucha, a nielubiany jej człowiek go ratuje. Dlaczego tak?

Od tej pory kaczątko przywiązało się do Marka i podążało za nim po wsi, nawet spało przy sianie. Śmieszne, zawsze skrzeczało i pilnie obserwowało, czy nie zgubi się przy ulubionym właścicielu.

Są hodowcy świń, a to jest kaczak, głupi. Kaczka jest taka sama. Nadają się tylko na stół drwił Wojciech, próbując obrazić Marka. Marek jedynie wzruszył ramionami i odszedł.

Wkrótce wyznaczono dzień ślubu Marka i Jadwigi. Dziewczyna płakała nieprzerwanie. Wojciech namawiał ją do ucieczki, lecz ona, choć kochała go bez pamięci, nie zgodziła się. Ojciec z gniewną twarzą stał naprzeciw.

Ojciec nie mógł jej nie dopuścić do progu. Matka nie miała słowa przeciwko tacie. Jadwiga była jedyną córką matka chorowała, dwóch braci zmarło w dzieciństwie. W całej rodzinie było pięcioro dzieci, a ona rosła jedyną dziewczyną.

W dniu ślubu stała przed lustrem. Ojciec się rozkłaniał biała suknia była cudowna, a jej złote kosmyki…

Najpiękniejsza panna młoda! pocałował ją Stanisław Baranowski. Dodał:

Złośli się mi na mnie, maleńka? Życzę ci szczęścia, złota dziewczynko! Podziękuj mi później!

Nigdy! Zrobiłam, jak chciałeś. Ale dziękować Nie, tato odwróciła się w stronę okna.

W jej weselu Wojciech tańczył z Kasią. Jadwiga zawsze zazdrościła Kasi, widząc, jak patrzy na Wojciecha. Co z tego? Jadwiga już była mężatką.

Pozostało tylko gryźć łokcie i patrzeć, jak dawny ukochany jest z kimś innym Jadwiga przymrużyła oko na Marka. Ten nie pił. Kaczątko kręciło się przy nim.

Co za głupiec! pomyślała złośliwie.

Matka pomogła jej się rozebrać. Z przerażeniem spoglądała na drzwi, skąd miał przyjść niechciany mąż. Wszedł, stał, spojrzał na zmarszczone wargi i odwrócił się, by odejść.

Co? Idziesz? Co powiem ludziom? Czy nie podoba mi się? Jadwiga wybiegła z łóżka i pobiegła do niego.

Milczał, spojrzał na nią, nałożył chustę na ramiona.

Podoba ci się. Bardzo. Jesteś moja, najdroższa. Tylko widzę, że jesteś brzydka. A jeśli tak nic, przeżyjemy. Ale dopóki nie podejdziesz sama, nie mogę i odszedł Marek.

To nigdy się nie stanie! wykrzyknęła wściekle.

Spotkała Wojciecha w dzień. On, z zadymionym oddechem, próbował ją uwieść w lesie, całując.

Co robisz? Zwariowałeś! Co ci wolno? zaczęła Jadwiga.

A co? Masz teraz męża. Możesz i ze mną, czy nie? odparł Wojciech.

Ona odszedła.

Tak mijały dni. Młode małżeństwo mieszkało osobno, a Marek zawsze miał coś do roboty. Pewnego razu poszli do lasu po grzyby, Jadwiga poślizgnęła się, a mąż niósł ją w ramionach.

Wieczorami spacerowali, kołysali się na huśtawce nad wodą, a kaczątko wciąż skrzeczało w pobliżu. Z biegiem czasu gniew wobec Wojciecha słabł.

Wiedziała, że spotyka się z Kasią, a w grę wchodzi wesele, ale zazdrość już nie dręczyła. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Marek nie próbował się zbliżać.

Pewnego dnia wybuchł pożar w domu sąsiadki. Jadwiga obudziła się w ogniu, pobiegła na miejsce, ludzie już byli.

Sąsiadka z trójką dzieci. Najstarszy, Szymek, odwiedzał ich w sąsiedniej wiosce.

Twój syn to bohater. Pierwszy przybiegł. Pomógł wiele. Złoty chłopiec pogłaskała Jadwigę po ręce.

Marek? Gdzie on jest? zapytała, czując, że w środku robi się chłodno.

W środku. Nasz pies, Głowa, się zagubił. Nie mogłam go znaleźć. Mówiłam mu, że nie znajdzie. Mógłby nie szukać, bo dzieci krzyczą na psa odpowiedziała sąsiadka, wycierając twarz chustą.

Nagle spadł dach. Jadwiga krzyknęła i zemdlela.

Obudziła się, gdy ktoś głaskał ją po twarzy. Na jej twarzy patrzyły męskie oczy.

Co się stało? zdołała wymówić.

Przez okno zdążyłem. Głowę ledwo znalazłem pod łóżkiem. Przez to i Marek spojrzał na nią z uśmiechem.

Bałam się o ciebie. Kocham cię! zapłakana przytuliła się do jego ramienia.

Po dziewięciu miesiącach urodził się ich syn, Mikołaj. Marek, przejąwszy umiejętności ojca, leczył krowy, konie, potrafił postawić na nogi zwierzęta nawet w beznadziejnych przypadkach. Ludzie z daleka przychodzili po pomoc.

Jadwiga kochała męża. Nie mogła pojąć, jak mogła kiedyś zauroczyć się Wojciechem, który ożenił się z Kasią, pił, hulotał i bił żonę, zostawiając ją niepełnosprawną. Patrząc na ich życie, Jadwiga przerażona myślała, że mogłaby skończyć jak Kasia, gdyby nie silna wola ojca.

Wyszła na podwórze, gdzie Stanisław Baranowski grał z małym Mikołajem.

Tato Tato, chciałam podziękować. Za to, że nie pozwoliłeś mi wyjść za Wojciecha. Za to, że widziałeś, co jest dla mnie lepsze. Przebacz mi podeszła i pocałowała ojca.

Ach, młodość. Dobrze, rozumiem. Z wiekiem widzimy, kto jest człowiekiem, a kto potworem. Nie mogłem oddać jedynej ukochanej córki temu potworowi. Wiedziałem, że się gniewasz. Ale minęło, i dobrze. Starsi, córeczko, słuchać trzeba. Życie przeżyliśmy, widzimy. Niech Bóg wam da szczęście! uśmiechnął się Stanisław Baranowski.

Jadwiga dożyła podeszłego wieku. Z mężem robili wszystko razem. Kosiła w polu, on tuż obok. Mieli pięcioro dzieci, wielu wnuków.

Szczęśliwa rodzina. Przysłowie Na podglądanie nie ma siły nabrało nowego znaczenia.

Lekcja, którą noszę w sercu: nie pozwólmy, by gniew i pycha prowadziły nasze decyzje; słuchajmy mądrości starszych i szukajmy prawdziwej miłości, która buduje, a nie rujnuje.

Rate article
Fajna Tajna
Moje ostatnie słowo. Ty, córeczko, obrażaj się na tatę ile chcesz.