Drogi Dzienniku,
Dziś wieczorem, kiedy przyjechaliśmy do domu rodziców, poczułam, jakby cały świat zatrzymał się na chwilę. Mój ojciec, Bogdan, stał w drzwiach, niepewnie się uśmiechając, a matka, Irena, blada i szczupła, wyglądała niczym mała dziewczynka. Witajcie, kochani powiedziała, a w jej głosie słychać było zmęczenie, które już od dawna towarzyszyło jej walce z ciężką chorobą, drugą fazą nowotworu.
Mama przeszła chemioterapię i radioterapię, a po kilku miesiącach wypadła jej remisja włosy powoli odrosły. Jednak spokój nie trwał długo; jej stan ponownie się pogarszał. Mamo, co się stało? zapytałam, nie mogąc ukryć rozpaczy. Spotkaliśmy się, bo prosiliście nas przyjechać odpowiedział Tomasz, trzymając mnie za rękę.
Usiedliśmy na kanapie, a Irena westchnęła i spojrzała na Bogdana, jakby szukając w nim oparcia. Kochani, mam do was prośbę, która może wydawać się dziwna zaczęła niepewnie. Prosimy, abyście adoptowali dla nas chłopca. Nie mamy już dzieci, a zdrowie mnie już nie pozwala…
W ciszy usłyszałam, jak moja najstarsza córka, Łucja, wstaje i mówi: Mamo, my też od dawna o tym marzyliśmy, ale baliśmy się powiedzieć. Chcemy syna, a już mamy dwie wnuczki twoje i ojcowe. Nie mamy gwarancji, że trzecie dziecko będzie chłopcem, ale… Nasze zdrowie już nie jest takie, a ja, Jadwiga, mam cesarskie cięcie i lekarze nie radzą mi więcej rodzić. Myśleliśmy więc o adopcji chłopca z domu dziecka, małego, kochanego. I nagle słyszę od Ciebie, mamo, te same słowa. Skąd wziąłeś te myśli?
Irena przetarła dłonią rosnący po głowie krótkie futerko jeża i westchnęła. Nie wiem, od czego zacząć powiedziała, łamiąc się ze łzami. Wtedy do pokoju weszła moja przyjaciółka, ciocia Agnieszka z dawnej pracy. Kiedyś miała ogromny pieprzyk nad okiem, który prawie go zasłaniał, a lekarze ostrzegali, że musi być usunięty. Dziś jej twarz jest wolna od blizny, a ona przyjechała, aby odwiedzić babcię Zofię w wiosce. Razem pojechaliśmy, bo Zofia pomagała wielu ludziom, a ja zastanawiałam się, co tracę.
Gdy opowiadałam o wszystkim, babcia Zofia od razu zadała pytanie, które brzmiało: Czy mam syna? Słysząc o jednej córce, Łucji, i dwóch ukochanych wnuczkach, Martcie i Kasi, babcia drążyła: A co z twoją… dzieckiem?
Zaskoczyłam się, bo oprócz mnie i Bogdana nikt nie wiedział, że miałam poronienie w późnym terminie. Miał przyjść mój pierworodny syn, Alek, ale nie przetrwał. Dlatego, babcia Zofia powiedziała, że powinnyśmy adoptować chłopca kontynuowała Irena, łkając w ciszy.
Zrozumiałam, że naprawdę tego chcę. Mamy szansę dać dziecku ciepło, miłość i wszystko, czego potrzebuje. Nie z myślą o własnym wyzdrowieniu, ale by uratować małe życie przed sierotą i samotnością.
Mamo, rozumiem cię i w pełni cię wspieram szepnęłam, trzymając ją za rękę. Zróbmy to.
Z Tomaszem już wcześniej rozmawialiśmy z dyrektorem domu dziecka i umówiliśmy się na spotkanie. Irena i Bogdan pojechali z nami. W sali zabaw, na dywaniku, bawiły się dzieci w wieku od trzech lat wzwyż. Patrz, mamo, jaki chłopiec ma rude włosy, wygląda jak ty, kiedy starannie układa wieżkę z klocków wskazałam na jednego z maluchów. Irena przytaknęła, ale w kącie usłyszała szmer.
Zauważyłam starszego chłopca, który szepcze coś niejasno. Ciociu, proszę, weź mnie, obiecuję, że nie pożałujesz błagał. Z serca wybraliśmy go i wkrótce podpisaliśmy wszystkie dokumenty. Dziecko przyjęliśmy pod imieniem Michał. Martа i Kasia były dumne, że mają teraz braciszka.
Michał szybko przyzwyczaił się do nas, nazywając mnie mamą Irka, a Bogdan tatą Bogu. Często odwiedzał babcię Irenę i dziadka Bogdana, bo ich dom był blisko szkoły. Okazało się, że Michał nazywał ją mama Irka, choć nie była jego babcią tak po prostu poczuł się przy niej bezpiecznie.
Mimo że lekarze namawiali Irenę na kolejny cykl leczenia, a ona wciąż czuła się coraz gorzej, Michał patrzył jej w oczy i dotykał krótkiej, szorstkiej sierści na jej ręce. Mamo Irka, po co chorujesz? Chcę, żebyś wyzdrowiała! domagał się. Nie wiem, Michałku, ale postaram się, obiecuję odpowiadała, a w jej głosie drżał dźwięk nadziei.
Bogdan rozmawiał z lekarzem, który nalegał na operację. Jakie szanse? pytał. Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt odpowiedział lekarz. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy.
W dniu operacji wszyscy byliśmy nerwowi. Marzena nie przestawała dzwonić do ojca, a Bogdan czekał na informacje od lekarza. Nagle usłyszałem, że Michał nie ma się gdzie podziać. Odszukałem go w sypialni, przy moim szlafroku. Leżał na podłodze, twarz ukryta pod szlafrokiem, płacząc cicho: Mamo Irka, nie odchodź, nie zostawiaj mnie Proszę, bądź ze mną zawsze!
Telefon zadzwonił, a głos lekarza brzmiał zmęczonym i pozbawionym radości. Czy to już koniec? Czy Irena nie przetrwa operacji? słyszałem w słuchawce. To pan Michał Iwanowicz, operacja była trudna, ale zakończyła się sukcesem, pani przetrwała usłyszałem. Była na granicy życia i śmierci, a ja po raz pierwszy zobaczyłem, jak ktoś z nieba przytrzymuje ją za rękę.
Dziękuję, dziękuję, doktorze! objąłem Michała. Widzisz, mamo Irka żyje! Jakie szczęście, że jesteś z nami, mały!
Teraz, kiedy patrzę w lustro, widzę nie tylko odbicie zmęczonej kobiety, ale i matkę, która zdołała otworzyć serce na nowe życie. Dzięki temu małemu Michałowi wiem, że miłość potrafi zdziałać cuda, nawet w najciemniejszych chwilach.
Z wyrazami wdzięczności,
Irena (mama Irka)



