Wpadłam w sobotę do ciotki Haliny w Krakowie, żeby podsunąć jej kilka papierków potrzebnych do urzędu. Spotykamy się zwykle tylko przy wigilijnym stole, ale tym razem sprawa była pilna ciotka nie czuła się za dobrze, choć nie chodziło o finanse. Nie jestem skąpa, uważam, że czystość i porządek to podstawa każdego domu, nawet jeśli budżet nie pozwala na nowe meble wystarczy zaoszczędzić parę złotych i odkurzyć, co się da.
W jej mieszkaniu ściany przyozdobione są licznie zbieranymi kurzaczami, a półki uginają się pod stosami figurek, serwisów i słoików po konserwach, po kilkadziesiąt sztuk każdy. W łazience stoi mała kuweta dla kota Puszka, którą ciotka myje raz w tygodniu, a pod nogami zalegają worki ze śmieci. Całość pachnie nieco jak pościg szczurów i zgniłe jedzonko, bo wąskie krany nie radzą sobie ze ściekami.
Ciotka Halina wyciągnęła z kuchni garnek i zaczęła nakładać coś, co pachniało obiecująco. Ja, nie mogąc znieść brudu na sztućcach, sięgnęłam po chusteczki antybakteryjne z torby i zaczęłam wycierać widelce. Zauważyła to natychmiast. Gdy zaczęłam kombinować przy jedzeniu, ciocia spytała z lekkim uśmiechem:
Czy to dlatego, że nie jesteś głodna, czy po prostu smak ci nie przypada?
Co mam na to powiedzieć? Ktoś kiedyś miał podobny kryzys z czystą łyżką przy rodzinnym obiedzie?



