Pamiętam to, jakby wczoraj prawie dwa lata temu mój mąż, Jan Kowalski, wypowiedział słowa, które wryły się w pamięć nie do zatarcia. Żyjesz tak przewidywalnie, że doskwiera mi nuda, rzekł, patrząc na mnie z niepokojem. Ja, wówczas niewinna Katarzyna, wierzyłam, że nasz porządek jest doskonały. Codziennie wstawałam przed świtem, jedząc lekki tost z masłem, ćwiczyłam w małym mieszkaniu przy ul. Marszałkowskiej i szykowałam się do pracy w biurze przy Placu Grunwaldzkim. Pierwszym moim obowiązkiem było przygotowanie Jana do wyjścia; wsiadał do swojego Fiata 126p, a ja dopiero potem zakładałam płaszcz i ruszałam w drogę.
Każdy posiłek powstawał w naszej kuchni od porannej kawy po drugie śniadanie, które pakowałam do pojemników na później. Wieczorami w drodze do domu zatrzymywałam się w małym sklepie przy rynku w Krakowie, by nabyć świeże warzywa, a potem gotowałam, sprzątałam i prałam w starej pralki na szynach. Przed snem zawsze puszczałam film, po czym zasypialiśmy przy szumie starego radia.
Byłam przekonana, że tak właśnie powinno wyglądać nasze życie. Mój mąż był zadbany, nigdy nie brakowało jedzenia, a dom lśnił czystością. Co więcej, w każdą sobotę przeprowadzałam gruntowne porządki, piekłam szarlotkę i gotowałam tradycyjne pierogi. Wieczorami zapraszaliśmy sąsiadów do naszego kameralnego salonu albo wyruszaliśmy w miasto na kolację w knajpie przy Starówce. Niedziele spędzaliśmy u rodziców najpierw w domu u mamy w Poznaniu, potem w domu taty w Łodzi pomagając przy drobnych pracach i rozmawiając przy herbacie.
W domu panowała spokój, nie było hałasów, nie podnosiły się głosy. Ale pewnego popołudnia Jan, zmęczony rutyną, oznajmił, że znudził się mną. Przez kilka godzin opowiadał o przyjaciołach, co bawili się do białego rana, podróżowali po Europie, spełniając się w życiu. My nawet się nie kłócimy, mruknął, po czym wyjechał z domu, jakby chciał zostawić za sobą tę szarą codzienność.
Z początku nie chciałam nic zmienić nasz porządek wydawał się idealny. Jednak kochając Jana, postanowiłam podjąć ryzyko. Pożegnałam stare sukienki, wyprzedałam je na bazarze w Sandomierzu, a za zaoszczędzone złote, które mieliśmy odkładać na nowy dom, kupiłam nowe ubrania, obciąłem krótkie włosy i poddałam je farbie na głęboki karmazyn. Nie chciałam już wyglądać nudno.
Następnie znalazłam pracę w agencji eventowej w Warszawie, organizując wesela i przyjęcia. Dzięki temu odkryłam mnóstwo niesamowitych atrakcji konkursy, pokazy tańca, występy zespołów ludowych. Tydzień później Jan wrócił, zszokowany moją przemianą. Obiecałam mu, że zmienimy styl życia.
Od tamtej pory rzadko bywaliśmy w domu. Zawsze w podróży, poznając nowe miejsca wycieczki na Mazury, rowerowe wyprawy w Beskidy, spływy kajakowe po Dunajcu. Wieczorami znikaliśmy w klubach w Gdyni, restauracjach przy Krakowskim Przedmieściu, barach w Łazienkach, a czasem odwiedzaliśmy przyjaciół w ich kameralnych mieszkaniach. Czasem jeździliśmy na kempingi nad Bałtykiem, innym razem wyjeżdżaliśmy weekendem do Wrocławia.
Po kilku miesiącach tej nieustannej przygody Jan zaczął tęsknić za ciszą. Powiedział, że brakuje mu domowych posiłków, moich pierogów i ciepła domowego ogniska. Nie miałem już czasu stać przy kuchence; moje życie stało się tak intensywne, że nie potrafiłem już dłużej być przy nim. Po kolejnym tygodniu Jan przyznał, że nie wytrzyma takiego tempa i pragnie wrócić do spokojnych wieczorów w domu, do rodzinnych obiadów i weekendowych wizyt u rodziców.
Dla mnie wtedy to była nie do przyjęcia. Wzwyż przywykłem do życia pełnego przygód, a powrót do starego porządku wydawał się zbyt monotonnym. Jan, zdeterminowany, by przywrócić wszystko tak, jak było, przyszedł do domu w gniewie. Rozpadły się naczynia, zadzwoniły sąsiedzkie krzyki, przybyła policja. Jan zabrał swoje rzeczy i udał się do matki, licząc, że kiedyś wróci i zastanie mnie taką, jak dawniej.
Jednakby tak się nie stało. Nie jesteśmy postaciami z filmów, nie możemy się zmienić w jednej chwili. Jan wrócił do domu, a na stole leżały papiery rozwodowe i list, w którym pisało: Nudzę się, nie mogę z tobą mieszkać. Tak skończyła się nasza opowieść, a ja wciąż wspominam te lata, zastanawiając się, czy nie lepiej było, gdybyśmy pozostali w tej prostocie, którą tak bardzo ceniliśmy.



