Matka co jakiś czas przyprowadzała nowych mężów Kasia pamiętała trzech. Ale jakoś się nie przyzwyczaili, odchodzili. Matka płakała, przytulała ją, mówiła: Nic się nie martw, i u nas będzie kiedyś święto. Potem szła do pracy.
Ostatni wytrzymał dwa tygodnie, ale gdy matka przestała kupować mu alkohol, zrobił się smutny i w końcu też zniknął, przy okazji zabierając z jej szkatułki kolczyki. Matka nie zgłosiła tego na policję. Stwierdziła, że sama jest winna.
Po tym nastało pięć lat spokoju. Kasia już się ucieszyła, myślała, że wreszcie będą żyć w pokoju, ale nic z tego. Gdy skończyła piętnaście lat, matka się zakochała. Opowiadała Kasi, jaki on wspaniały, jak bardzo ją kocha.
Kasia nawet się ucieszyła, że matka w końcu znalazła szczęście. Gdy mama pierwszy raz przyprowadziła Marcina do domu, spodobał się także Kasi. Mężczyzna wyglądał na koło czterdziestki. Schludnie ubrany. Przy kolacji wypił tylko jeden kieliszek. Rozmawiali o różnych rzeczach. Marcin nawet żartował, całkiem zabawnie. Kasia poszła spać wcześniej, zostawiając ich w kuchni. Myślała, że rano zastanie Marcina przy śniadaniu. Ale po godzinie usłyszała trzask drzwi. No cóż, poszedł.
Rano matka znowu go wychwalała. Mówiła, że pracuje w urzędzie, taki porządny, dba o jej reputację. Obiecał, że po ślubie mogłyby się do niego przeprowadzić, ale na razie zostaną tu, dopóki Kasia nie skończy szkoły. A w międzyczasie wyremontują jego mieszkanie.
Kasia słuchała i nawet podziwiała matkę. Wydawała się młodnieć. Miała trzydzieści sześć lat i ostatnio zupełnie przestała dbać o siebie. Pogodziła się z myślą, że już zawsze będzie sama.
***
Marcin i mama wzięli ślub tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Kasia uczyła się, przygotowywała do egzaminów. Marcin pytał, czy nie potrzebuje pomocy. Dziękowała, mówiła, że da sobie radę, a on wracał do swojego pokoju. Okazał się bardzo taktowny. Zawsze pukał, zanim wszedł do Kasi.
Można powiedzieć, że się zaprzyjaźnili. Kasia już się tak nie stresowała, przy kolacji dzieliła się swoimi szkolnymi troskami. Marcin zawsze słuchał z uwagą, dopytując o szczegóły.
A mama po prostu rozkwitła. Marcin ją rozpieszczał. Wkrótce pojawiły się nowe kolczyki, potem łańcuszek.
Rok minął błyskawicznie. Skończyli remont i szykowali się do przeprowadzki. Marcin zapytał Kasię, czy nie chciałaby z nimi pojechać? Miejsce jest dla wszystkich. Ale Kasia skończyła szkołę, uważała się za dorosłą i chciała niezależności. Oczywiście, finansowo jeszcze nie stała na nogach, ale Marcin stwierdził, że to nie problem. Umówili się, że Kasia pójdzie do lokalnego technikum. A potem on załatwi jej dobrą pracę.
Przed wyjazdem Marcin powiedział:
Odwiedzaj nas często, my też będziemy wpadać raz ja, raz mama. Jeśli czegoś będziesz potrzebować, nie krępuj się, pytaj. Jesteśmy rodziną.
Mama z Marcinem podarowali jej na zakończenie szkoły piękny wisior na łańcuszku. Tak jej się spodobał, że pierwsze dni spędziła pod lustrem, podziwiając go.
Gdy go wybierali, matka zapytała Marcina:
Nie za wcześnie na taki prezent?
Ale on zaprotestował:
A kto inny jej coś takiego da?
Matka się uśmiechnęła. W końcu trafił się jej najlepszy mąż pod słońcem.
***
Wyprowadzili się, a Kasia zaczęła samodzielne życie. Na początku było nudno, często jeździła do matki. Zawsze ją tam witano z radością. Z czasem się przyzwyczaiła i bywała rzadziej. Czasem matka sama wpadała przywoziła jedzenie albo pieniądze. Czasem spotykały się przypadkiem na ulicy. Wszyscy zajęci, każdy miał swoją pracę.
Kasia dostała się do szkoły. Podobało jej się studenckie życie. Na weekendy jeździła do matki i Marcina. Opowiadała, co u niej.
Pewnego razu dowiedziKiedy stanęła twarzą w twarz z matką po latach, zrozumiała, że prawdziwa rodzina to nie ci, którzy dzielą z tobą krew, ale ci, którzy stoją przy tobie, gdy wszystko się wali.



