Obca dla nich, tej piątce… Ale któż to powie…

Nie była im matką, tym pięciorgu… Ale któż to powie…

Eugeniuszowi odeszła żona. Nie zdołała podnieść się po ostatnim porodzie.

Tu można się martwić albo nie, ale pięcioro dzieci zostało. Najstarszy, Staś, miał dziewięć lat. Julkowi siedem. Bliźniacy Wojtek i Krzysiek po cztery. A najmłodsza, Zosia, ledwie trzy miesiące wyczekana córeczka…

Nie ma czasu na smutek, gdy dzieci proszą o jedzenie. A gdy już wszystkich ułoży spać, o północy siedzi w kuchni, kurzy papierosa…

Na początku Eugeniusz sam się starał, jak mógł. No, szwagierka przyjeżdżała, trochę pomogła. Rodziny więcej nie mieli. Chciała zabrać Wojtka i Krzyśka, mówiąc, że będzie mu lżej. Potem przyszli jacyś dwaj z opieki społecznej.

Proponowali oddać wszystkie dzieci do domu dziecka. Eugeniusz nie miał zamiaru nikomu oddawać swoich. Jak to oddać własne dzieci? Jak potem żyć? Ciężko, oczywiście, ale co robić? Rosną powoli, w końcu wyrosną.

Starszym czasem zdążył sprawdzić lekcje. Z Zosią było najwięcej kłopotu, to jasne. Ale Staś i Julek jakoś pomagali.

I pielęgniarka środowiskowa, pani Nina, często przychodziła, doglądała. Raz obiecała Eugeniuszowi przysłać nianię. W końcu ciężko mężczyźnie z niemowlęciem. Mówiła, że dziewczyna dobra, pracowita. W szpitalu jako pomocnica pracuje.

Własnych dzieci nie ma, jeszcze nie zamężna. Ale braci i siostry pomagała wychowywać z dużej rodziny pochodzi, z sąsiedniej wsi. I tak w ich domu pojawiła się Lucyna.

Niska, krzepka, o okrągłej twarzy, z niemodnym warkoczem do pasa. I cicha. Nie powie zbędnego słowa. A jednak wszystko się zmieniło w domu Eugeniusza. Dom zajaśniał wszystko umyte, wyczyszczone.

Ubranka dziecięce pozałatywane, wyprane. I o Zosię zdążyła zadbać, i ugotować, usmażyć. W szkole i przedszkolu od razu zauważono zmiany. Dzieci czyste, zadbane, guziki już nie przyszyte czarną nitką na bieli, łokcie nie wytarte.

Raz Zosia zachorowała, gorączkowała. Lekarka powiedziała, że wyzdrowieje, byle opieka. Lucyna noce przesiedziała przy niej, sama nawet się nie położyła. Wychowała dziewczynkę. I tak jakoś niepostrzeżenie została w domu Eugeniusza…

Młodsi zaczęli nazywać ją mamą, stęsknieni za matczyną czułością. A Lucyna nie skąpiła pieszczot. Pochwali, po główce pogłaszcze. Przytuli. No bo dzieci to dzieci…

Starsi, Staś z Julkiem, z początku się boczyli, nie nazywali jej wcale. Potem po prostu mówili do niej Lucyna. Ani niania, ani mama po prostu Lucyna. Żeby pamiętać, że własna matka im była… Z wiekiem ledwie mogła im być matką.

Rodzina Lucyny była przeciw.

Po co taki ciężar na kark wieszasz? Chłopców w wsi mało?

Chłopcy są odpowiedziała ale Eugeniusza mi żal… I dzieci przywykły, teraz szukać nowej…

I tak żyli. Piętnaście lat minęło niepostrzeżenie… Dzieci się uczyły, rosły. Nie zawsze gładko bywało, że i psocili. Eugeniusz gniewał się, po pas sięgał. A Lucyna go szarpnęła: Czekaj, tato, najpierw sprawę wyjaśnij…

I pokłócą się, i pogodzą, bywało. Tak że już nikt we wsi nie mówił na nią Lucyna. Tylko pani Ludmiła, z szacunkiem. Staś w tym roku już żonaty był, pierwszego oczekiwali.

Młodzi żyli osobno, Mikołaj w PGR pracował. I nie byle jakim mechanizatorem był co rok to nagroda, to odznaczenie. Julek w mieście kończył studia, Lucyna szczególnie się nim chwaliła syn będzie inżynierem.

Wszystko razem robili i psocili w dzieciństwie, i stawali za siebie murem, gdy coś. Zosia do dziewiątej klasy przeszła, też duma Lucyny. I śpiewać, i tańczyć mistrzyni, żadne święto bez niej.

A Eugeniusz po raz kolejny myślał, jak to dobrze, że pani Nina żonę mu wybrała… Tego lata Lucyna jakoś poczuła, że coś nie tak z nią, coś niedobrze. Wiek, nigdy nie chorowała, a tu nagle w oczach ciemno, mdłości…

Eugeniusza z jego papierosami zaczęła z domu na ganek wyganiać, źle się robiło. Myślała przejdzie, ale nie. Musiała do lekarza iść.
Wróciła cicha i zamyślona. Od pytań Eugeniusza machnęła ręką, głupstwa, mówi, wszystko w porządku.

Ale wieczorem, gdy wszyscy zasnęli, zawołała Eugeniusza na ganek.

Siadaj, tato, pogadać trzeba… Wiesz, co mi lekarz powiedział? Dziecko będzie… Za późno już coś robić, trzeba zostawić… Zakryła twarz rękami. Wstyd, taki wstyd…

Eugeniusz tylko zdziwił się na tę wieść. Tyle lat nie było dzieci i proszę!

Jaki wstyd, matko, starsi już prawie pouciekali, we dwoje, co, zostaniemy? Widzisz, natura dobrze wszystko ustawiła! Więc przygotowujemy się!

Jak dzieciom powiedzieć? Powiedzą, stara już, a tu…

Jaka stara? Trzydzieści dziewięć, to niby lata?

Oj, nie wiem, nie wiem, co robić… Wstyd…

Dobrze. Ja powiem. Jutro powiem. Akurat wszyscy się zbiorą.

I powiedział. Gdy tylko przy stole zasiedli, tak im oznajmił. Że, mówi, moje kochane dzieci, będziecie mieli jeszcze brata. Albo siostrę. Ot, tak.

Lucyna głowę spuściła, w talerzu coś wypatrywała, zaczerwieniona aż do łez.

Staś, który z okazji niedzieli z młodą żoną u nich gościł, tylko się zaśmiał.

Super, mamo! Brawo! To razem z moim niech rodzą! Będą mieli towarzystwo!

Wojtek też się ucieszył:

No, mamo! Jeszcze brat potrzebny!

A Krzysiek zaprotestował:

Nie… Dziewczynkę. Chłopców mamy wielu, a dziewczynka jedna. Rozpieszczona księżniczka…

Zosia tylko spojrzała na Krzyśka.

Rozpieszczona… Ty rozpieszczałeś? Oczywiście, dziewczynkę, mamo! Będę jej wiązała kokardy, sukienki kupimy! Zachłysnęła się entuzjazmem.

Sukienki… Ona ci lalka? wtrącił się Julek. Dziecko jeszcze wychować trzeba pouczał.

Wychowamy powiedział Eugeniusz.

A Lucyna wciąż się

Rate article
Fajna Tajna
Obca dla nich, tej piątce… Ale któż to powie…