**Szept za szybą**
Sanitariuszka, kobieta o zmęczonej, wietrznej twarzy i oczach przygasłych od codziennego widoku cudzego cierpienia, niezdarnie przekładała przezroczystą torbę Alicji z jednej zniszczonej dłoni w drugą. Foliowy worek zaszeleścił, przerywając grobową ciszę windy. W torbie, jak szyderstwo, plamiły się dziecięce ubranka malutki różowy kombinezon z króliczkami, kaftanik z wyszytym napisem *Jestem szczęściem mamy*, i biała opakowana na niebiesko paczka pieluszek. Na opakowaniu widniała wielka, wyzywająca cyfra *1* dla noworodków. Dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją drogę.
Winda, skrzypiąc zużytymi linami, powoli opuszczała ich na parter, a z każdym piętrem serce Alicji ściskało się coraz mocniej, zamieniając w małą, bezbronną kulę bólu.
Nic się nie martw, dziewczynko głos sanitariuszki zabrzmiał chrapliwie i beznadziejnie, jak skrzyp nienasmarowanych drzwi w pustym domu. Jesteś młoda, silna. Jeszcze urodzisz. Wszystko się ułoży Wszystko będzie dobrze.
Rzuciła na Alicję szybkie, spode łba spojrzenie, pełne niezręcznego współczucia i pragnienia, by jak najszybciej zakończyć tę męczącą podróż.
Masz starsze dzieci? zapytała, by wypełnić ciężką, duszącą ciszę.
Nie wyszeptała Alicja, patrząc na migające przyciski pięter. Jej głos był pusty, bez życia.
To trudniejsze przeciągnęła sanitariuszka. Co postanowiliście? Pochować czy spopielić?
Pochowamy odwróciła się Alicja, przygryzając wargi do białości. Jej wzrok utonął w brudnym, porysowanym lustrze windy, w którym odbijała się jej własna, obca twarz blada, wypruta z uczuć.
Sanitariuszka westchnęła ze zrozumieniem, niemal zawodowo. Widziała już tysiące takich. Młodszych, starszych, zniszczonych. Życie w tych murach dzieliło się na przed i po. Dla Alicji właśnie nastało to po.
Zabierała się ze szpitala sama. Nie było kocyka z różowymi lub niebieskimi wstążkami. Nie było szczęśliwego chrząkania spod starannie otulonego rogu. Nie było uśmiechów, gratulacji, zagubionych i radosnych spojrzeń rodziny, skromnych bukietów goździków pachnących zimą. Był tylko mąż, Krzysztof, stojący u podnóża szpitalnych schodów z opuszczonymi, pełnymi winy oczami, zgarbiony, jakby dźwigał na barkach nie do uniesienia ciężar. I była ta straszna, paląca od środka pustka, która dzwoniła w uszach i nie pozwalała oddychać.
Krzysztof objął ją oszczędnie, niepewnie, jak obcy, bojąc się, że dotyk sprawi jeszcze większy ból. Jego uścisk nie ogrzewał. Był tylko formalnością, rytuałem, który trzeba było wykonać. Bez słów pożegnania, bez pamiątkowych, głupich, a teraz tak bardzo pragnionych zdjęć pod szpitalnym wyjściem, cicho opuścili budynek. Drzwi automatyczne zatrzasnęły się za nimi, jakby na zawsze zamykając jeden rozdział życia.
Byłem już Ech zaczął Krzysztof, włączając silnik. Odpowiedział mu głuchy, martwy pomruk. U tych pogrzebowych u tych sępów Wszystko zamówione na jutro. Ale jeśli chcesz, możesz coś zmienić. Wieniec wybrałem biały, mały, a trumienka beżowa, z różowymi urwał, przełykając gulę w gardle.
Nie ma znaczenia przerwała Alicja, wpatrując się w zaparowaną szybę. Nie mogę nie mogę teraz o tym mówić.
Dobrze. Ech znów się zakrztusił, nerwowo ściskając kierownicę.
Ach, jak zdradliwie jasno i wesoło świeciło grudniowe słońce! Odbijało się w kałużach, raziło oczy, tańczyło błyskami na szybach mijanych samochodów. Krzyczało o życiu, którego już nie było. Gdzie wiatr, gdzie tępy, lodowaty deszcz, gdzie mokry, przykry śnieg, lepiący się do twarzy jak plwocina Boga za wszystkie grzechy? Tak byłoby sprawiedliwiej Tak byłoby uczciwiej. Przejechali przez szlaban i wyjechali na zalane słońcem ulice. Alicja spojrzała z opóźnioną, absurdalną litością na zabłocony bok ich samochodu.
Ależ brudny mamy
Zapomniałem umyć. Chciałem trzy dni temu, ale wtedy Ech wszystko się wydarzyło.
Chorujesz? odwróciła się Alicja.
Nie. Co ci przyszło do głowy?
Pokasłujesz.
Nie, to tak Nerwy. Gardło ściska od nerwów.
Pojechali. Świat na zewnątrz się nie zmienił. Te same miasto, te same ulice z przyklejonymi do krawężników petami, nagie, chude drzewa na tle szarych, smutnych bloków. Bezczelnie błękitne niebo bez chmur. Zardzewiały płot szkoły, na którym ktoś niedawno wypisał świeżą farbą wyznanie miłości. Gołębie, nadęte, siedziały na drutach. Szara, nieskończona wstęga asfaltu, wiodąca donikąd. Wszystko było po staremu. I to było nie do zniesienia.
* * *
Jeszcze w trzecim miesiącu ciąży Alicja poczuła się źle. Najpierw drapało w gardle, potem gorączka, rozbicie, bóle. Przeziębienie, pomyślała. Ale pewnie to była grypa. Nie obyło się bez leków. Martwiła się, ale lekarze uspokoili: nic poważnego, dziecko jest bezpieczne. Po chorobie na plecach pojawiła się dziwna wysypka. Lekarz infekcyjny, rzuciwszy okiem, stwierdził opryszczkę i wypisał silne leki przeciwwirusowe. Alicja je brała, dręczona poczuciem winy. Tabletki nie pomogły. Inny lekarz, dermatolog, tylko rozłożył ręce jaka opryszczka? Zwykła alergia, od nerwów! Zalecił łagodną maść, i wysypka zniknęła. Kłopoty ze zdrowiem wydawały się skończone. Alicja odetchnęła z ulgą i zaczęła czekać na poród, kupując przedmioty dla dziecka i urządzając pokój.
W wyznaczonym terminie zaczęły się słabe skurcze, ledwo wyczuwalne, ale Alicja, pamiętając rady, postanowiła jechać do szpitala.
Brak rozwarcia orzekła położna po badaniu. To fałszywe skurcze. Trzeba je zatrzymać, zanim szyjka się otworzy.
Dostawała k



