Tylko się nie gniewaj, Kasiu, ale nie zamieszkam z tobą.
A może spróbujemy, Wojtku?! Kasia patrzyła na niego niemal bez mrugnięcia, na twarzy pojawił się rumieniec.
Powiedziałem już wszystko, Katarzyno
Jagoda Dębowa przyszła na świat, gdy Wojtek był w pierwszej klasie. Pamiętał doskonale jej matkę, słynną w okolicy piękność Bożenę, z wielkim brzuchem, i dumnego ojca Jacka. Potem Bożena wyjeżdżała z wózkiem za bramę, do którego tak bardzo chciał zajrzeć Wtedy wydawało mu się to jakimś cudem.
Wojtek dorastał, a Jagódka rosła. Oto już wybiega z bramy rodzinnego domu w jaskrawej sukience, z wielką kokardą na jasnej główce. Oto bawi się z koleżankami, urządzając domek przy płocie. Wojtek widział to wszystko z okna swojego domu, stojącego po przeciwnej stronie ulicy, dokładnie naprost domu Dębowych.
Wojtku, odprowadź Jagódkę, proszę! poprosiła pewnego dnia Bożena.
I Wojtek się nie sprzeciwił. Tak oto przez niemal rok opiekował się pierwszoklasistką Jagódką.
Na początku szli do szkoły w milczeniu. Pierwsza nie wytrzymała Jagódka i zaczęła opowiadać mu różne swoje historie albo zdarzenia z lekcji. Lekcje Jagódki kończyły się wcześniej, więc cierpliwie czekała, aż Wojtek będzie wolny. Czasem szedł do domu w towarzystwie kolegów z klasy, a Jagódka maszerowała razem z nimi. Przyzwyczaił się już i rano czekał na towarzyszkę pod bramą, a gdy wychodziła, brał ją za rękę i tak szli do szkoły.
Następnego roku we wrześniu Jagódka poprosiła go cichutko, by pozwolił jej iść z koleżankami. Teraz dziewczynki szły przodem, a Wojte ktrzymał się w pewnej odległości, obserwując, gotowy w każdej chwili przyjść z pomocą. I taka chwila oczywiście nadeszła.
Na drodze pojawiła się gęś. Syczała, wyginając szyję, trzepotała skrzydłami, a dziewczynki bały się przejść. Wojtek stanął między nimi a ptakiem, a one z piskiem przebiegły.
Rok później Wojtek wyjechał do większej sąsiedniej wsi, gdzie była szkoła średnia, i wracał tylko na weekendy i wakacje. Jagódka jakby o nim zapomniała, mijała go, spuszczając oczy i nie witając się. Potem Wojtek dostał się do szkoły marynarskiej i wracał do domu już bardzo rzadko.
Mamo, kto to, Jagódka?! Wojtek oderwał wzrok od kolacji, gdy z bramy Dębowych wyszła wysoka, zgrabna młoda piękność.
Nasza Jagódka! mama też spojrzała przez okno i uśmiechnęła się.
Kiedy ona zdążyła?! szczerze zdziwił się Wojtek.
Przyszedł czas westchnęła mama jakoś ciepło. Patrzę i za każdym razem się cieszę, odziedziczyła to, co najlepsze po rodzicach!
Potem jeszcze kilka razy widywał Jagódkę ukradkiem na szczęście firanka w oknie maskowała jego obecność.
Oto wychodziła z wiadrami na nosidłach do hydrantu, a wiatr o, jaki przewrotny! tak zgrabnie rozwiał jej bluzkę na smukłej figurze
Oto rankiem Jagódka w eleganckim garniturze szła zdawać egzaminy
Wojtkowi nawet znów zachciało się ją odprowadzać
Ale ostatnią kroplą był jej głos. Wojtek usłyszał go, gdy pomagał ojcu naprawiać płot: Na taki głos poszłabyś nawet na koniec świata!.
Pewnego dnia, wychodząc z rodzicielskiej bramy z wiadrami po wodę, spotkał ją przy hydrancie.
Dzień dobry! pierwsza przywitała się Jagódka, znów zadziwiając Wojtka do głębi serca.
Dzień dobry, Jagodo, odpowiedział Wojtek, jakoś nieswojo.
Wiadra napełniały się długo, a on nie mógł wymyślić, o czym z nią zagadać
Tym razem wyjeżdżał z jakąś ukrytą tęsknotą. Zdawało się, że w końcu się zakochał.
Potem była przysięga i przydział. Wojtek trafił do mroźnego Gdańska.
***
Następnym razem Wojtek jechał do domu już z nadzieją. Marzyło mu się, że właśnie teraz wyzna Jagódce Wiek już miała odpowiedni
Pierwszego dnia odsypiał podróż, a potem zaczęły się pracowite dni. Ojciec, jak zawsze, przygotował plan optymalnego wykorzystania dodatkowej siły roboczej.
Już drugiego dnia pojechali do lasu po drewno, potem trzeba je było porąbać i złożyć w szopie. Śpiesząc się, by w krótkim urlopie Wojtka zrealizować wszystkie punkty planu, ojciec przygotował wymianę dolnych belek w łaźni. Potem trzeba było jeszcze przerobić framugę drzwi i wymienić podłogę.
Następnie ojciec postanowił na koniec wymienić podłogę w oborze Tak minęły dwa tygodnie.
Wojtek od czasu do czasu zerkał na sąsiednią bramę, zazwyczaj zamkniętą. Wychodzili z niej czasem Bożena albo Jacek, ale Jagódka się nie pojawiała.
Mamo, a gdzie Jagódka? odważył się spytać pewnego dnia.
Poszła na studia. Mieszka teraz w mieście, odpowiedziała mama.
Tak oto Wojtek tym razem wyjechał z pustymi rękami.
Gdy wrócił rok później, zobaczył Jagódkę tylko raz, ale nie spodobało mu się to. Znów stał się mimowolnym obserwatorem zza firanki.
Szła z jakimś wysokim, nieogarniętym wiejskim chłopakiem. Gadający bez przerwy, widocznie żartujący i sam śmiejący się ze swoich żartów, Jagódka uśmiechała się pobłażliwie i patrzyła na tego gagatka z jakąś nieprzyjemną Wojtkowi sympatią.
Potem dowiedział się, że Jagódka wyszła za niego za mąż i mieszkają teraz w powiatowym miasteczku.
Wojtek, regularnie odwiedzając rodziców, czasem ją widywał, a co gorsza słyszał
Wojtku, przestań już tak cierpieć, nie jesteś przecież chłopcem mama chyba dawno się domyśliła jego dramatu.
A co, widać?
No jak, nie widać? Widzę przecież, jak na nią patrzysz. Znalazłbyś tam w Gdańsku kogoś, może byś się uspokoił Jak to mówią: Dobra Kasia, ale nie nasza!. Nie myśl o niej, nie dręcz serca!
No właśnie, próbuję nie myśleć, a myśli same przychodzą
***
Wojtek przyjeżdżał coraz rzadziej. Służba rzucała go po całym kraju, głównie po odległych garnizonach.
Jako kawaler nie miał argumentów, by wybrzyd



