W pewnym mieście, gdzie wieżowce ścigały się o prawo do dotknięcia nieba, sygnalizacje świetlne mrugały niecierpliwie, a ulice pachniały deszczem zmieszanym z benzyną, pracował Michał, kurier na rowerze. Jego jednoślad był stary, z rdzą obejmującą szprychy, lecz on znał go jak starego przyjaciela. Nie potrzebował świateł, nowoczesnego kasku ani GPS-u tylko dużej torby, kubka kawy w kieszeni i spojrzenia, które widziało więcej niż zmęczone twarze miasta.
Powietrze w mieście było gęste i ciężkie, ale gdy przejeżdżał Michał, coś się zmieniało. Nie magia, nie do końca. To sposób, w jaki skinieniem głowy witał przechodniów, jak delikatnie pochylał się, wjeżdżając w bramę, jak w jego oczach odbijała się cierpliwość potrzebna do czekania na zielone światło, na tłum, na roztargnionych ludzi. Dostarczał to, co zwykle: szybkie jedzenie, małe paczki, dokumenty, kw



