Gdy wczesnym rankiem zadzwonił telefon, od razu wiedziałem to Marek. Tylko on mógł dzwonić o takiego godziny z miną człowieka, który uważa, że dzień zaczyna się o piątej.
Tak? burknąłem, ledwo przebudzony.
Krzysiek, przepraszam, że budzę, ale potrzebuję ogromnej przysługi.
Usiadłem na łóżku. U Marka ogromna przysługa zawsze oznaczała katastrofę albo szaleństwo.
Mów wreszcie, nie przeciągaj.
Muszę jechać w delegację do Wrocławia. Dwa tygodnie. A Agnieszka jest w szóstym miesiącu, lekarz kazał jej więcej odpoczywać
I chcesz, żebym się zajął twoją ciężarną żoną? przerwałem mu.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Po prostu żeby jadła regularnie, poszła do lekarza, nie stresowała się
Zdajesz sobie sprawę, jak to brzmi, Marek?
Zdaję westchnął. Ale ufam tylko tobie. A Agnieszka cię uwielbia. Mówi, że jesteś jak brat, którego nigdy nie miała.
Świetnie, pomyślałem. Brat, który kiedyś był mężem jej męża i nadal nie jest pewny, czy całkiem o nim zapomniał.
Odłożyłem słuchawkę, ale dwadzieścia minut później stałem już pod ich drzwiami. Agnieszka otworzyła w piżamie z misiami, z rozczochranymi włosami i okrągłym, uroczym brzuchem.
Krzysiek! Nie chciałam cię obciążać, to wszystko pomysł Marka, uśmiechnęła się zawstydzona.
Spokojnie, nie gryzę. Gdzie twój podróżnik?
W sypialni, szuka skarpet. Niebieskich. Jak zwykle bez skutku.
O, dobrze znałem te poszukiwania.
Naprawdę przyszedłeś? wyjrzał Marek.
Tak, ale mam warunk



