Znalazłam niemowlę pod brzozą i wychowałam je jak własne. Ale kto by pomyślał, że…

**Dziennik Leśniczego**
Znalazłem dziecko pod brzozą i wychowałem je jak własne. Któż by pomyślał
Co ty tu robisz? Stanisław Janowicz zastygł, nie wierząc własnym oczom.
Pod starym brzozowym drzewem, wtulone w dywan z opadłych liści, leżało dziecko. Chudy chłopiec, może czteroletni, w zbyt lekkiej kurteczce, trząsł się, obejmując się za ramiona. Jego przerażone oczy wpatrywały się w leśniczego.
Rozejrzałem się ostrożnie. Nigdzie nikogo tylko wiatr szeleścił w koronach sosen, a od czasu do czasu trzasnęła jakaś gałąź.
Przykucnąłem powoli, starając się wydać mniej groźny.
Jak masz na imię, malutki? Gdzie są twoi rodzice?
Chłopiec przytulił się do szorstkiej kory brzozy. Wargi mu drżały, ale zamiast słów, wydobył się z nich tylko cichutki szloch.
Se Se Szymon wyszeptał w końcu.
Szymon? Wyciągnąłem rękę, ale cofnął się. Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy.
Zmierzch otulał już las, temperatura spadała, a chłopiec wciąż drżał. Któż mógł go tu zostawić? Najbliższa wieś była trzydzieści kilometrów dalej, a do miasta jeszcze dalej.
Chodź ze mną powiedziałem łagodnie. W moim domu jest ciepło i jest jedzenie.
Na dźwięk słowa jedzenie w oczach Szymona błysnęło zainteresowanie.
Zdjąłem watowaną kurtkę i, by go nie spłoszyć, narzuciłem ją na jego wątłe ramiona. Chłopiec się nie opierał.
No już szepnąłem, biorąc Szymona na ręce.
Lekki jak piórko. Kości wystawały mu spod skóry. Od razu było widać, że dawno nie jadł.
Szliśmy przez las, a ja czułem, jak powoli jego dreszcze ustają. Wkrótce pod drzewami ukazała się mała chatka krzywy ganek i cienka smuga dymu wijąca się z komina.
Jesteśmy na miejscu oznajmiłem, otwierając drzwi nogą.
Zapach suszonych ziół i drewna wypełnił izbę. Wszystko było skrzętnie wysprzątane, choć skromnie drewniany stół, ławka, a w kącie łóżko przykryte wełnianym kocem.
Posadziłem Szymona na ławce, dorzuciłem drew do kominka, a płomienie ożyły, oświetlając jego przestraszoną twarz.
Rozgrzejesz się powiedziałem, stawiając garnek nad ogniem. A potem porozmawiamy.
Chłopiec jadł łapczywie, czasem krztusząc się. Patrzyłem na niego, a coś starego zabulgotało mi w środku. Ile to lat minęło, odkąd ostatnio opiekowałem się dzieckiem? Dziesięć? Piętnaście? Od tamtego czasu
Nie. Nie teraz.
Skąd jesteś, Szymon? zapytałem, gdy talerz był już pusty.
Chłopiec potrząsnął głową.
Mama Tata gdzie oni są?
Znowu zaprzeczył, a po policzkach spłynęły mu łzy.
Nie nie wiem szepnął.
Westchnąłem. Jutro musimy iść do wsi, zgłosić to wójtowi. Dziecko nie może tak po prostu się znaleźć na pewno ktoś go szuka.
Dzisiaj zostaniesz tutaj postanowiłem. Jutro zobaczymy, co dalej.
Ułożyłem Szymona pod czystą, choć starą kołdrą na ławce przy kominku. Chłopiec zwijał się w kłębek, patrząc czujnie.
W środku nocy obudziły mnie ciche łkania. Szymon siedział na ławce, z kolanami przyciśniętymi do piersi, płacząc po cichu.
Hej zawołałem. Chodź tu.
Delikatnie zapukałem w łóżko obok siebie. Chłopiec zawahał się, rozdarty między strachem a zaufaniem. No już zachęciłem go łagodnie. Nie bój się.
Szymon zszedł ostrożnie z ławki i, po kilku niepewnych krokach, wślizgnął się pod kołdrę obok mnie.
Śpij powiedziałem. Nic ci nie grozi.
Rankiem szykowałem się do drogi do wsi. Zastanawiałem się, patrząc na śpiącego Szymona. Czy zabier

Rate article
Fajna Tajna
Znalazłam niemowlę pod brzozą i wychowałam je jak własne. Ale kto by pomyślał, że…