Wraz z bratem bliźniakiem wychowywaliśmy się w domu dziecka. Nasi rodzice zginęli tragicznie w pożarze, do którego doszło w fabryce, w której pracowali. Mieliśmy wtedy siedem lat. Dobrze pamiętam dzień, w którym wydarzyła się ta tragedia, całe miasto było w szoku. W gaszeniu pożaru pomagali wszyscy mieszkańcy miasta. Płonęła bardzo duża fabryka i ludzie bali się, że ogień może zająć osiedla mieszkaniowe przylegające do fabryki. Strażacy z całego miasta gasili pożar, ale niestety, zginęli nie tylko nasi rodzice, ale także inni pracownicy fabryki.
Gdy trafiliśmy do domu dziecka, cieszyłam się, że nie rozdzielili mnie z bratem, z którym zawsze się wspieraliśmy. Zawsze byliśmy w stanie stanąć w swojej obronie, często rozmawialiśmy o wszystkim, planowaliśmy swoją przyszłość i cieszyliśmy się, że mamy siebie.
Często rozmawiałam z Pawłem na temat naszej przyszłości. Snuliśmy marzenia o tym, kim chcielibyśmy zostać, kiedy dorośniemy. Paweł chciał zostać policjantem, a ja chciałam być nauczycielką, bo bardzo lubię dzieci.
Prowadziliśmy długie rozmowy na ten temat. Czas biegł, a my dorastaliśmy. W domu dziecka nie było nam dobrze, ale też nie było bardzo źle. Byliśmy lubieni przez wychowawców i nauczycieli, więc trochę smutno było nam opuścić ten dom, gdy skończyliśmy osiemnaście lat. Nadszedł czas, aby przejść do dorosłości. Na początku wraz z Pawłem postanowiliśmy wynająć pokój. Dostaliśmy pracę i mieliśmy pieniądze na wynajęcie pokoju.
Brat poszedł do pracy w supermarkecie, rozkładał towar na półkach, a ja dostałam pracę jako kelnerka w kawiarni, która znajdowała się w pobliżu naszego nowego miejsca zamieszkania. Na początku było nam bardzo trudno, zarabialiśmy niewiele, brakowało nam pieniędzy, ale cieszyliśmy się z tego, co mieliśmy. Wieczorami, przy herbacie rozmawialiśmy o naszej przyszłości. Bardzo chcieliśmy iść na studia. Zaproponowałam Pawłowi, abyśmy spróbowali zdawać na studia, jesteśmy sierotami, wychowankami domu dziecka, wiec liczyłam na pomoc ze strony państwa. Brat przemyślał to i wyraził zgodę.
Każdego dnia byliśmy bliżej celu, uczyliśmy się po nocach, aby dobrze zdać egzaminy. Musieliśmy jeszcze więcej pracować, aby zarobić na ubrania, aby normalnie wyglądać na uczelni. Dostaliśmy się z bratem na studia, nawet egzaminy mieliśmy tego samego dnia, chociaż na różne wydziały. Byłam studentką pedagogiki, tak jak marzyłam, a Paweł dostał się na wydział prawa.
Mieliśmy szczęście, ponieważ tak jak marzyliśmy, oboje dostaliśmy się na studia państwowe.
Łączenie pracy z nauką nie było łatwe, ale udało się nam to z Pawłem. W kawiarni, w której pracowałam, zaczęłam być postrzegana jako kandydatka na stanowisko administratorki, chociaż od razu ostrzegłam, że nie będę mogła pracować każdego dnia, ponieważ studiuję. Piastowałam o wiele lepsze stanowisko i moja pensja znacznie wzrosła. Brat również awansował na wyższe stanowisko. Zdecydowaliśmy się wynająć nieco większe, dwupokojowe mieszkanie.
Wkrótce brat spotkał swoją wielką miłość. Nie został, tak jak marzył policjantem, ale został dyrektorem supermarketu, w którym pracował i początkowo układał towar na półkach. Do pracy na staż przyszła nowa dziewczyna Julia, chciała być kasjerką, brat przyjął ją do pracy i bardzo polubił. Paweł zaczął się nią opiekować, spotykać i zaczęli mieszkać razem, przenieśli się do mieszkania Julii. Zostałam sama. Moje marzenie, w przeciwieństwie do mojego brata spełniło się, zostałam nauczycielką, skończyłam uniwersytet z wyróżnieniem i dostałam pracę w szkole. Pracowałam w zgranym zespole i uczyłam świetne dzieci, tylko z jakiegoś powodu a nie znalazłam jeszcze tego jedynego. Mieszkałam razem z psem Rokim. Pewnego dnia stała się tragedia. Mój brat, wracając z pracy do domu, został śmiertelnie potrącony przez rozpędzony samochód. Nie mogłam w to uwierzyć i pogodzić się ze śmiercią Pawła. Był najdroższą mi osobą i straciłam go. Okazało się, że Julia była w ciąży.
Bardzo przeżywała śmierć Pawła, płakała, mówiła, że jej życie nie ma już sensu, pocieszałam ją i prosiłam, żeby nie zrobiła jakiejś głupoty, bo wszystko będzie dobrze.
Nadszedł czas porodu. U Julii wywiązały się komplikacje, lekarze postanowili ją operować, ale niestety Julii nie udało się uratować, przeżył tylko synek, którego urodziła.
Wiedziałam, że jeśli nic nie zrobię, dziecko zostanie zabrane do domu dziecka i będzie miało takie samo dzieciństwo jak ja i Paweł.
Chłopiec urodził się chory, przez kolejny miesiąc był w szpitalu pod opieką lekarzy. Codziennie odwiedzałam dziecko. Był kopią mojego brata Pawła.
Pewnego dnia przyszłam do szpitala i dowiedziałam się, że dziecko zostało zabrane do domu dziecka. Szczęśliwym trafem mały Jacuś został umieszczony w tej samej placówce, w której przebywaliśmy z bratem. Marzyłam o adopcji Jacusia, bardzo go pokochałam i był w tym momencie moją największą radością. Na szczęście byłam w dobrych stosunkach z kierowniczką domu dziecka, która obiecała mi pomoc w adopcji bratanka. Przez długi czas zbierałam wszystkie niezbędne dokumenty, a Jacuś przebywał w placówce. Poprosiłam moich byłych opiekunów, aby dobrze się nim opiekowali. Prawie codziennie przychodziłam do dziecka, czytałam mu bajki, śpiewałam kołysanki, karmiłam go i wychodziłam na spacer. Procedury adopcyjne ciągnęły się bardzo długo, ale zakończyły pomyślnie. Teraz z Jacusiem i psem Rokim żyjemy jako mała, ale prawdziwa rodzina.



