**Dziennik, 15 maja**
Od zawsze mój syn, Krzysiek, był ulubieńcem wszystkich. Na studniówce każda dziewczyna chciała z nim zrobić zdjęcie. Wybrał jednak Beatę Nie wyróżniała się urodą, inteligencją, ani nawet wiedzą. Ale jej ojciec był miejscowym urzędnikiem, a suknia, którą miała na balu, była najdroższa. Tak samo i na studia się dostała. I tak, jakby złapała go za rękę tamtego wieczoru, nie puściła przez lata, aż doprowadziła do ślubu.
Gdy był mały, wszyscy się nim zachwycali jak obrazkiem. Przystojny, a do tego umiał się wdzięczyć. Weźmie go ktoś na ręce a on przytula się jak własne dziecko. Nawet obcy dawali mu cukierki. Maria bała się, żeby go nie zauroczono. W szkole dziewczyny kłóciły się o niego każda chciała się z nim przyjaźnić, a potem chodzić. Krzysiek prymus, sportowiec. Tylko biedny jak mysz kościelna. Miejscowe elegantki nawet nie zwracały uwagi, że ich idol nosił jedne dżinsy, aż do dziur. Gdyby to był ktoś inny, może by się z niego śmiali, ale nie z niego!
Na studniówce wybrał Beatę. Na ślubie też.
Maria przed weselem sprzedała prosiaka, dała synowi pieniądze i tyle! Wziął te kilka tysięcy złotych i poszedł
Do wsi Maria przyjechała z małym chłopcem na rękach. Może ludzie wymyślili, może było tak naprawdę kto wie. Podobno dom kupił jej ojciec dziecka, żeby nie miała do niego pretensji, bo był żonaty. Nikt ze wsi nigdy nie widział jej rodziny. Żyła skromnie. Pracowała w sklepie, miała małe gospodarstwo. Zalecali się do niej kawalerowie, ale gdzie tam! Nikogo nie przyjmowała mówiła, że ma męża! Śmiech! Gdy przyjaciółki zaczynały tę rozmowę, że ciężko samej, wściekała się.
Kiedy zaprowadziła Krzysia do pierwszej klasy, od razu zobaczyła go Wiktora, nauczyciela wuefu, świeżo po studiach. Spojrzeli na siebie przypadkiem. Potem ich oczy już same szukały się nawzajem. I jakoś tak się stało, że zaczęli się spotykać. Wiktor uczył chłopca jeździć na rowerze, naprawiać koło, zimą chodzili razem do lasu, a wiosną sadzili warzywa. Maria bała się powiedzieć synowi prawdę, bo zauważyła, że gdy przytulała Wiktora, chłopiec się napinał i milkł.
Dlaczego, synku? On jest dobry! Będzie twoim tatą szeptała, gdy już Wiktor wyszedł.
Nie chcę, żebyś go kochała! Chcę, żebyś kochała tylko mnie! mruczał.
Pewnego ranka Krzysiek zobaczył w łóżku matkę z Wiktorem.
Tak będzie od teraz, chłopcze! przytulił go mężczyzna, który naprawdę go pokochał.
Nie będzie! Nie chcę, żebyś z nami mieszkał! wrzasnął na całe gardło. Nie zjadł z nimi śniadania, uciekł. Matka znalazła go dopiero wieczorem.
On jest w domu? zapytał przez łzy, wskazując na drzwi.
Jest
Niech idzie. Bo ja nie wejdę!
Synku! On cię nawet słowem nie uraził! Będziemy żyć jak rodzina, jak wszyscy przekonywała.
Nie chcę jak wszyscy! Chcę tylko z tobą! On nie jest moim ojcem!
Będzie twoim ojcem, zobaczysz
Wiktor wyszedł z walizką, tak jak przyszedł. Przytulił Marię, pocałował w czoło.
Pomyśl, Krzysiu. Nie jestem waszym wrogiem powiedział cicho. Zastanów się?
Nie! chłopiec pokręcił głową i odwrócił się.
Jeśli go przyjmiesz, ucieknę! powiedział, gdy tylko Wiktor wyszedł za bramę.
Maria wybrała syna. Wiktor wyjechał z wsi i nikt go już nigdy nie widział. A Maria pod Nowy Rok urodziła drugiego syna Jasia. Bała się, że starszy go nie zaakceptuje, ale Krzysiek, który był ciekawy świata, nawet nie zapytał, skąd wziął się mały brat. Kochał go, opiekował się nim. A Maria wciąż czuła winę wobec starszego, bała się powiedzieć mu nawet słowa na przekór.
Mój Krzysiu taki dorosły chwaliła się przyjaciółkom złote dziecko, to ja u niego rady pytam.
Tamte tylko prychały, bo wiedziały, że właśnie przez radę syna Maria została sama
Gdy Krzysiek zaczął spotykać się z Beatą, tylko się cieszyła. Z bogatej rodziny, pewnie pomogą mu stanąć na nogi myślała.
Jak zawsze, w sobotę czekała na syna. Napiekła ciasta, ugotowała rosół. Pociąg dawno odjechał, a Krzysia nie było.
Mamo! przybiegł z boiska Jaś. Krzysiu poszedł z Beatą do jej domu!
Nie jedli kolacji. Czekali. Nie przyszedł. Nie przyszedł i rano. Wpadł tylko po drodze na pociąg. Nie pocałował matki, jak zwykle.
Mamo! Bierzemy ślub! oznajmił.
Chciała go zbesztać, że nie wrócił, powiedzieć, o czym myślała całą noc, ale nie mogła mówić, bo syn ciągnął:
Pomóż mi trochę! Może sprzedasz prosiaka?
Jasne, synku! A kiedy wesele?
Jeszcze nie wiem. Będziemy w Warszawie, nie na wsi!
Do następnych weekendów Maria sprzedała prosiaka, a Krzysiek wpadł po pieniądze. Wziął je w milczeniu, nie liczył. I pobiegł do Beaty.
Na wsi wszyscy wszystko wiedzą. Gadali, że rodzice panny młodej szykują wiejskie wesele. Krzysiek nie przyjeżdżał. Bez swatów, bez umówienia nie po ludzku. Maria zebrała się na odwagę i poszła do przyszłych teściów. Szwagierka spotkała ją już pod bramą:
Jaka z ciebie pomoc! rzuciła wyniośle. My mamy swoich fachowców! A tobie w ogóle nie wypada na weselu nic robić, boś ani mężatka, ani wdowa! Chłopak przez ciebie bez ojca wyrósł! Bękart! Myślisz, że nam miło takich do rodziny wpuszczać?! Jego trudno, dla córki! A ty się tu nie pchaj! i zatrzasnęła bramę.
Maria wróciła do domu jak pijana. Nikt nigdy nie zranił jej tak mocno. Jak mogła wychować takiego syna, skoro sama nic nie warta?! A przecież wszystko dawała dzieciom
Wesele było huczne. Trzy dni muzyka grała dla całej wsi. Zapraszali wybranych. Mówili, że takiej


