-Do kogo idziecie?

Do kogo? Stanisława Janiszewska wraz z Wojtkiem wyszła na ganek i patrzyła na gościa. Do pani Stanisławy Janiszewskiej! Jestem wnuczką, a właściwie prawnuczką. Córka Aleksandra najstarszego syna pani Stanisławy.

Stanisława siedziała na ławce zalanej słońcem, ciesząc się pierwszymi ciepłymi dniami. Wreszcie nadeszła wiosna. Tylko Bogu wiadomo, jak Stanisława przetrwała tę zimę.

Nie przeżyję kolejnej! pomyślała i odetchnęła z ulgą. Już się nie bała. Wręcz przeciwnie czekała na ten moment. Od dawna odkładała pieniądze. Suknię pogrzebową kupiła.

Nic już nie trzymało jej na tym świecie.

***

Kiedyś miała wielką rodzinę męża, Jana Kowalskiego, wysokiego, silnego mężczyznę, i czworo dzieci trzech chłopców i dziewczynkę. Żyli zgodnie, pomagali sobie, rzadko się kłócili. Dzieci jedno po drugim dorastały i rozjechały się w świat.

Dwóch starszych synów skończyło studia i wyjechało do większych miast. Średni, który nie radził sobie w szkole, zajął się biznesem, odniósł sukces i wyemigrował, osiadając za granicą. Córka też nie została w rodzinnej wsi wyfrunęła do Warszawy i szybko wyszła za mąż.

Na początku dzieci często odwiedzały rodziców. Pisały listy, a gdy pojawiły się telefony, zaczęły dzwonić. Potem przyszły wnuki. Stanisława co jakiś czas pakowała starą, zniszczoną walizkę i jechała do któregoś z dzieci pomagać.

Z czasem jednak i wnuki wyrosły z opieki babci. Coraz rzadziej ją zapraszano, coraz rzadziej dzwoniono. O przyjeździe w odwiedziny dzieci zupełnie zapomniały nie było czasu. Praca, rodzina, własne dorastające dzieci.

Powodem, by wrócić do rodzinnego domu, była wiadomość o śmierci ojca Jana Kowalskiego. Wydawało się, że taki silny mężczyzna dożyje setki. Okazało się inaczej.

Po pogrzebie dzieci rozjechały się. Na początku dzwoniły do matki, ale z czasem i te rozmowy ucichły.

Stanisława próbowała sama dzwonić, ale szybko zrozumiała, że tylko przeszkadza. Tak minęło ostatnie dziesięć lat. Raz na jakiś czas któryś z dzieci przypomniał sobie o niej, dzwonił, a ona przez tydzień chodziła uśmiechnięta.

Pewnego dnia Stanisława znów siedziała na ławce i myślała o swoim życiu.

Dzień dobry, ciociu Stasio! za płotem stał młody chłopak i uśmiechał się radośnie. Pamięta mnie pani?

Stanisława zmrużyła oczy:

Wojtek? To ty?

Tak, ciociu! ucieszył się i wszedł do ogrodu.

Wojtek był synem sąsiadów, którzy nie potrafili żyć bez awantur. Jak tylko Stanisława go pamiętała zawsze był głodny i zaniedbany. Z litości dokarmiała go, dawała ubrania po własnych dzieciach i pozwalała nocować, gdy jego rodzice urządzali kolejną libację.

Nie wytrzymali długo w takim życiu. Oboje odeszli. Wojtka zabrano do domu dziecka, a potem straciła go z oczu. Bardzo za nim tęskniła.

Gdzie byłeś tyle lat, Wojtku? zapytała z radością.

Najpierw w domu dziecka, potem służba wojskowa, a później szkoła. Wróciłem w rodzinne strony. Będę tu coś budował!

Co tu budować? machnęła ręką Stanisława. Wszyscy wyjechali.

Nic nie szkodzi! Poradzę sobie!

I tak zaczęło się nowe życie Stanisławy. Wojtek zatrudnił się u Nowaka największego rolnika w okolicy. W wolnym czasie naprawiał swoją starą chatę po rodzicach, a Stanisławie pomagał w gospodarstwie. Kobieta rozkwitła. Nazywała go synkiem. Tak minęły trzy lata.

Wyjeżdżam, ciociu powiedział pewnego dnia przepraszająco. Nowak całkiem oszalał. Każe harować, a płacić nie chce. Jadę na zarobek. Nie gniewaj się.

Co ty, Wojtku, jaka złość? Jedź z Bogiem!

I znów Stanisława została sama. Czasem chciało się jej płakać z samotności. Tak mijały dni w oczekiwaniu na koniec. A jednak coś ją tu trzymało.

***

Dzień dobry, ciociu Stasio! usłyszała znajomy głos. Stanisława spojrzała w stronę płotu i zobaczyła znajomą twarz.

Wojtek? Naprawdę ty?

Tak, ciociu! wysoki, elegancko ubrany mężczyzna wszedł do ogrodu. Wróciłem! Na dobre!

Ojej, co za radość! zakrzątała się Stanisława. Chodź, Wojtku, zaraz nastawię herbatę!

Herbata to dobry pomysł! roześmiał się. Tylko najpierw wpadnę do domu. Nie wiedziałem, że cię zastanę, nie wziąłem prezentów!

Pół godziny później szczęśliwa Stanisława i nie mniej uradowany Wojtek siedzieli przy stole, pili herbatę z pięknych, starych filiżanek i nie mogli się nagadać.

Już myślałam, że czas na tamten świat, Wojtku otarła łzę.

Ależ skąd! pokiwał palcem. Teraz dopiero zaczniemy żyć! Zarobiłem, założę własne gospodarstwo. Dla ciebie jeszcze nie pora!

Gospodarze! Jest ktoś w domu? rozległ się dźwięczny głos. Stanisława wyjrzała przez okno i zobaczyła w ogrodzie dziewczynę w krótkim płaszczu i butach na obcasie.

Do kogo? Stanisława z Wojtkiem wyszli na ganek.

Do pani Stanisławy! Jestem prawnuczką. Córka Aleksandra najstarszego syna.

Kobieta i chłopak wymienili spojrzenia.

Dzwoniłam, ale telefon był wyłączony. Postanowiłam przyjechać na próbę.

No to chodź! zaprosiła zmieszana Stanisława, a Wojtek podbiegł i wziął walizkę.

Stanisława i Wojtek patrzyli, jak Kinga z apetytem zajada przysmaki i opowiada o sobie.

Nie lubię miasta. Chcę żyć na wsi! Rodzice nie rozumieją. Dziadek Aleksander zaproponował, żebym trochę u was pomieszkała. Mówi, że jak spróbuję życia na wsi, to mi przejdzie!

Mieszkaj, ile chcesz! w końcu powiedziała Stanisława. To dla mnie radość!

Wojtek pomógł Kingi przekopać zaniedbany ogród. Postawili szklarnię, kupili sadzonki u sąsiadów.

Wojtek też nie próżnował. Za zarobione pieniądze zaczął budowę nowoczesnej farmy. Naprawili

Rate article
Fajna Tajna
-Do kogo idziecie?