Czułeświę, że nikt tu nie raduje się, że znowu musi wyruszyć w poszukiwaniu nowego schronienia i pożywienia a jednak jego szpony już nie wytrzymały obciążonego, chorego ciała
Doskonale rozumiał: nikt go tu nie czeka. Musi znowu się przedzierać, szukać azylu, odnajdywać pożywienie a jego pazury już nie podtrzymywały wyczerpanego, chorego organizmu
Ludmiła Wasilewska od zawsze była osobą odpowiedzialną.
W przedszkolu pilnowała, by dzieci odkładały zabawki na miejsce. W szkole powierzono jej dyżury strażnika. Na uczelni przewodziła swojej grupie. W pracy dobrowolnie zbierała złote na firmowe przyjęcia i prezenty dla kolegów. Odpowiedzialność zdawała się być utkane w jej naturę.
Dlatego, kiedy mieszkańcy jednogłośnie wybrali ją na opiekunkę klatki schodowej, Ludmiła nie była zdziwiona. Mimo młodego wieku z zapałem podjęła się zadania.
Ludmiło, na czwartym piętrze Królewscy hałasują do późnej nocy, nie da się odpocząć narzekała do niej pani Anna Petronela, starsza sąsiadka.
Ludmiła wzięła sprawy w swoje ręce, tak przekonywująco przemówiła do łamaczy porządku, że nawet najgłośniejsi lokatorzy przyznali się do winy i obiecywali zmiany.
Ludmiło, ktoś po prostu wrzuca śmieci do kosza, nie zaniesie ich do kontenera! jęknęli mieszkańcy.
Ludmiła stała spokojnie, spojrzała surowo na bałaganiarzy i bezlitośnie ich upokorzyła. Klatka schodowa lśniła czystością, a przy wejściu rozkwitał kwiatowy rabat pełen barwnych kwiatów. Była dumna z porządku. Czasem zatrzymywała się przedmiotowo przed drzwiami, by podziwiać efekt swojej pracy. Wszystko było tak, jak powinno być. Poradziła sobie, była bystra.
Aż pewnego dnia przed domem pojawił się pies
Brudny, splątany, szczerbowaty, czerwonawy kacak, który wyczerpany dobiegł aż do ich budynku i skulony pod balkonem próbował przetrwać noc.
Pierwsze zauważyły go dzieci, podeszły, lecz matki, dostrzegając niebezpieczeństwo, wykrzyknęły przerażone:
Natychmiast w tył! To może być niebezpieczne!
Złapały dzieci i usunęły biedne zwierzątko:
Znikaj stąd! Do licha! Odejdź!
Pies próbował wstać, nie udało mu się. Potem próbował się pełzać, ale i to było zbyt trudne. Zaczął płakać, przyglądając się krzyczącym ludziom. Wielkie łzy spływały po jego pysku.
Matki były zakłopotane. Swoją decyzję widać było jako konieczną interwencję, lecz wezwać służby czy kontrolę zwierząt wydawało się przesadą. Wtedy na podwórze wkroczyła Ludmiła jedyna nadzieja:
Tam jest pies! krzyknął chóralny głos. Ludmiło, ogarnij to! Niebezpieczny!
Ludmiła podeszła bliżej, zerknęła pod balkon. Ich spojrzenia się spotkały jej surowe, jego pełne niepokoju.
Pies westchnął, podjął jeszcze jedną daremną próbę, by się podnieść. Zrozumiał: nie ma tu już dla niego szans. Nie miał siły ani chodzić, ani wstawać. Wypuścił słabą, chińską ławkę.
Serce Ludmiły zadrżało.
Wygląda na to, że jego łapa jest uszkodzona rzekła głośno. Trzeba go zawieźć do weterynarza.
Matki spojrzały się na siebie. Wszystkie myślały: Tylko nie my, że będziemy w tym tonąć! po czym pospieszyły dzieci do domu:
No, musimy iść, dzieci też muszą spać! Dawaj, Ludmiło, ogarnij to!
I zostawiły dziewczynkę samą z porzuconym zwierzęciem.
Ludmiła westchnęła, sięgnęła po torebkę i przeliczyła, czy wystarczy złotych na lekarza. Nie mogła samodzielnie podnieść psa był nie tylko brudny, ale i ciężki.
Szukając pomocy, rozejrzała się i zauważyła starszy Polonez, który wjechał pod klatkę. Z niego wysiadł Leon Kowalczyk.
No proszę, strażnik całego budynku! Co tym razem? mrugnął życzliwie.
Pomóż proszę odparła poważnie Ludmiła, kiwając w stronę balkonu.
Leon pochylił się, zauważył psa.
Czy to Twój?
Oczy nie! wybuchła Ludmiła. Musimy pomóc. Weterynarz jest blisko, ale nie mamy środka, by go przewieźć.
Leon ocenił psa, potem własny samochód i westchnął ciężko:
Znam moją Łucję wykrzyczy, jak się dowie! Ale co zrobić dla dobrego uczynku?
Wyciągnął z bagażnika stary kawałek szmaty i położył go na siedzeniach.
Jedziemy ratować! Jeśli coś się stanie, ty mnie bronić będziesz!
Oczywiście! przyrzekła Ludmiła, po czym zwróciła się do psa: Chodź, malutka, zaniosę Cię do lekarza. Trzymaj się.
Pies pozwolił się podnieść, nie protestował. Ludmiła głaskała go przez całą drogę, szepcząc uspokajające słowa.
W przychodni zwierzęczej przywitał ich młody lekarz, z grubą, kręconą czupryną i poważnym wyrazem. Dokładnie zbadał pacjenta, założył szynę na złamaną łapę i wypisał leki.
Musi dużo leżeć, ma pęknięcie wyjaśnił weterynarz.
Czy jest jeszcze w ciąży? zapytała Ludmiła, zaskoczona, czując się nieco głupio.
Wygląda na to, że tak skinął.
Co z nią zrobić? zapytała zrezygnowana.
Nie mogę jej przygarnąć odmówił Leon. Łucja wyrzuci ją z domu.
Nie mam miejsca dodała cicho Ludmiła.
Potrzeba była pilna.
Zbierzmy wszystkich mieszkańców! Razem wymyślimy rozwiązanie! zaproponował stanowczo Leon.
Liczę na to potwierdził lekarz. Za tydzień na pewno przyjdą znowu, by sprawdzić postępy. Podpisali się już. Jak się nazywacie?
Ludmiła odparła, podającą imię.
A jak ma na imię pies? dopytał lekarz.
Leon i Ludmiła spojrzeli na siebie. Nie znali imienia nie było obroży, nic.
Agata! pierwszy pomysł wyskoczył z ust Ludmiły.
Pies podniósł ucho i skierował głowę w jej stronę.
Podoba Ci się to imię? Bądź Agatą, dobrze? zapytała delikatnie.
Pies zachichotał, pstryknął nosem.
Zgodził się odnotował uśmiechnięty lekarz. Niech Wasza Agata będzie szczęśliwa!
Gdy trio wróciło na klatkę, czekała już na nich surowa twarz Łucji Kowalczyk, rękę opartą na balustradzie.
Gdzie się podziewałeś? wykrzyknęła, ale gdy zobaczyła Leona z psem w ramionach, uciszyła się, otwierając szeroko oczy.
Łucja, to pies wpadł do budynku i jeszcze w ciąży odwieźliśmy go do lekarza wyjaśniał Leon, pośpiesznie. Myśleliśmy, że zrobimy mu legowisko pod balkonem to takie żałosne
W takim zimnie pod balkonem?! wykrzyknęła Łucja. Potrzebuje ciepła i przytulności!
Dlatego chcemy porozmawiać z sąsiadami kontynuowała. Może wspólnie coś wymyślimy!
Ku zaskoczeniu, Łucja nie sprzeciwiła się. Matczyna instynktowna troska wzięła górę. Razem z Ludmiłą przeszli po mieszkaniach, organizując nadzwyczajne zebranie.
Nikt nie chciał przyjąć psa, ale pojawiła się propozycja: zebrane pieniądze przeznaczyć na budowę psiego domku pod balkonem i stworzyć fundusz na jedzenie.
Tak powstał dom Agaty.
Mały, przytulny psi domek w dół wielkiego budynku wyglądał niczyim miniaturą. Wnętrze wypełniono miękkimi szmatami, zrobiono wygodne legowisko. Agata ostrożnie wślizgnęła się, dbając, by nie obciążać bolącej łapy.
Powinniśmy napisać oświadczenie do urzędnika dzielnicy zasugerowała Ludmiła. Wszystko oficjalnie.
Mieszkańcy szybko podpisali dokument, a Ludmiła samodzielnie złożyła go na komisariacie. Na szczęście przyjęto ją ze zrozumieniem i oficjalnie zezwolono na pozostanie psa na terenie posesji.
Gdy Ludmiła wróciła do swojego małego, uporządkowanego mieszkania, poczuła satysfakcję z wypełnionego obowiązku, ale sen jeszcze nie zakończył się.
Po kilku próbach ubrała się i wybrała się pod balkon, by zobaczyć Agatę.
Jak się czujesz? zapytała, siadając na ławce.
Pies cicho zaszczekał. Było, ciepło, ból już nie tak dokuczliwy, a najważniejsze obok był człowiek, w którym powoli rosło zaufanie.
Wrócę do Ciebie obiecała Ludmiła. A potem może wymyślimy coś jeszcze lepszego
Jeszcze nie wiedziała, co los jeszcze przygotuje.
Ludmiła będzie wielokrotnie zawoziła Agatę do lekarza, dopóki nie wyzdrowieje całkowicie. Młody lekarz, Weronika, nie tylko będzie dbała o czerwoną suczkę, ale i o odpowiedzialną, szczerą Ludmiłę.
Zaproponuje jej małżeństwo, a razem z Agatą wprowadzą się do wiejskiego domu Weroniki, gdzie zmieści się każdy ludzie i zwierzęta.
W międzyczasie Łucja Kowalczyk dowiaduje się, że spodziewa się dziecka, a natura wokół zmienia się subtelnie. Ich mieszkanie przestaje być najgłośniejsze w budynku, a kiedy przyjdzie
na na świat mała Weronka, nawet surowa pani Anna Petronela uśmiechnie się i nie narzeka już.
Czwarta klatka schodowa wszystkich mieszkańców przeżywa pozytywne przemiany, choć nikt nie pomyśli, że wszystko zaczęło się w dniu, gdy pod balkonem pojawił się czerwony pies.
A Ludmiła, której serce wciąż bije z niegasnącą dobrocią, kiedy bawi się z Agatą i jej małą szczeniętą, uśmiecha się i myśli:
Jestem tak szczęśliwa Dziękuję, Wszechświecie! A wszystko to zaczęło się od naszej Agaty, psa czwartego piętra.



