**Dziennik osobisty**
Dzisiaj kolega w pracy przykuł mnie do fotela swoimi słowami:
Arku, nie chciałem ci tego mówić w dniu ślubu… Wiesz, że twoja nowa żona ma córkę?
Co masz na myśli? odmówiłem wiary w te słowa.
Moja żona, gdy zobaczyła twoją Martę na waszym weselu, szepnęła mi do ucha:
Ciekawe, czy pan młody wie, że jego wybranka oddała córkę do domu dziecka?
Wyobrażasz sobie? Omal nie udławiłem się sałatką. Moja Kasia położna w szpitalu pamięta twoją Martę po bliznie na szyi. Mówi, że dziewczynkę nazwała Kingą i dała jej swoje nazwisko: Kowalska. To było pięć lat temu.
Siedziałem za kierownicą jak ogłuszony. Oto masz! Postanowiłem zbadać sprawę sam. Nie chciałem wierzyć w plotki, choć wiedziałem, że Marta nie była dziewicą z bajki w dniu ślubu miała trzydzieści dwa lata. Miała swoje życie przede mną. Ale dlaczego oddała własne dziecko? Jak można z tym żyć?
Dzięki znajomym szybko odnalazłem dom dziecka, gdzie była Kinga Kowalska.
Poznajcie Kingę Kowalską przedstawiła ją dyrektorka. Ile masz lat, kochanie?
Nie dało się nie zauważyć, że dziewczynka zezuje. Już wtedy poczułem, że to moja córka. Babcia mawiała: *Choć krzywe, dla rodziców cudne*.
Kinga podeszła śmiało:
Cztery latka. Ty jesteś mój tata?
Zawahałem się. Jak odpowiedzieć dziecku, które w każdym mężczyźnie widzi ojca?
Kinga, porozmawiajmy. Chciałabyś mieć mamę i tatę? głupie pytanie, ale już chciałem ją zabrać do domu.
Tak! Zabierzesz mnie? spojrzała na mnie ufnie.
Zabiorę, ale później. Poczekasz, króliczku? miałem łzy w oczach.
Poczekam. Nie oszukasz? zrobiła się poważna.
Nie oszukam pocałowałem ją w policzek.
W domu opowiedziałem żonie wszystko.
Marto, nie obchodzi mnie przeszłość, ale Kingę musimy zabrać. Adoptuję ją.
A mnie spytałeś? Chcę tej dziewczynki? I jeszcze zezuje! Marta podniosła głos.
To twoja córka! Zrobimy operację oczu. Pokochasz ją zszokowała mnie jej postawa.
W końcu niemal siłą przekonałem Martę do adopcji.
Minął rok, zanim zabraliśmy Kingę do domu. Często ją odwiedzałem, zaprzyjaźniliśmy się. Marta wciąż nie chciała dziecka, nawet próbowała zatrzymać proces. Udało mi się doprowadzić sprawę do końca.
Wreszcie Kinga przekroczyła próg naszego mieszkania. Wszystko ją zachwycało. Po półtora roku lekarze poprawili jej wzrok. Córka stała się podobna do Marty jak dwie krople wody. Byłem szczęśliwy w domu miałem dwie piękne kobiety.
Przez rok Kinga nie mogła nasycić się jedzeniem. Zasypiała z paczką herbatników. Nie potrafiłem jej tego odebrać dziecko bało się głodu. Martę to drażniło, mnie zasmucało.
Próbowałem scalać rodzinę, ale… Marta nigdy nie pokochała córki. Kochała tylko siebie jak zamrożone ja. Kłóciliśmy się coraz częściej, a źródłem konfliktu była Kinga.
Po co przyprowadziłeś tę dzikuskę? Nigdy nie będzie normalna! krzyczała Marta.
Kochałem Martę, nie wyobrażałem sobie bez niej życia. Choć mama ostrzegała:
Synu, to twój wybór, ale widzieliśmy Martę z innym mężczyzną. Nie będziesz z nią szczęśliwy. Jest fałszywa jak lis.
Gdy kochasz, jesteś ślepy. Marta była moim ideałem. Pęknięcie pojawiło się, gdy w domu znalazła się Kinga.
Może otworzyła mi oczy? Martę nie obchodziło nawet, gdy Kinga zachorowała.
Próbowałem ochłodzić uczucia, ale nie potrafiłem. Kolega żartował:
Jeśli chcesz przestać kochać kobietę, zmierz jej wymiary. Wtedy się rozkochasz na nowo.
Postanowiłem spróbować.
Marto, podejdź, zmierzę cię powiedziałem.
Spodziewam się nowej sukienki? zdziwiła się.
Tak mierzyłem jej biust, talię, biodra.
Eksperyment się nie udał. Kochałem ją tak samo.
Wkrótce Kinga się rozchorowała. Miała gorączkę, płakała, chodziła za Martą z lalką Zosią. Cieszyłem się, że trzyma lalkę, a nie herbatniki.
Lecz Marta wrzasnęła:
Dość tego ryku! Idź spać!
Wyrwała lalkę, otworzyła okno i wyrzuciła ją.
Mamo, to moja Zosia! Zamarznie! Kinga rzucała się do drzwi.
Pobiegłem na dół. Windy nie było. Zbiegłem z ósmego piętra. Lalka wisiała na drzewie do góry nogami. Otrząsnąłem ją ze śniegu. Topniejące płatki wyglądały jak łzy. Wracając, myślałem, że zaraz wybuchnę.
Nie było usprawiedliwienia dla Marty. Kinga spała, drżąc. Położyłem lalkę obok niej.
Marta siedziała w salonie, czytając magazyn. Wtedy moja miłość do niej umarła. Zrozumiałem była piękna, ale pusta jak opakowanie po cukierku.
Ona też to poczuła.
Rozstaliśmy się. Kinga została ze mną, Marta nawet nie protestowała.
Później spotkałem ją przypadkiem. Powiedziała z uśmiechem:
Byłeś tylko trampoliną.
Marto, miałaś błyszczące oczy, lecz czarną duszę odparłem spokojnie.
Wkrótce wyszła za biznesmena.
Szkoda jej męża. Takiej kobiecie nie wolno być matką skwitowała mama.
Kinga tęskniła za nią, chciała ją choć dotknąć.
Ale moja nowa żona, Ola, otoczyła ją miłością. Wydawało się, że prawdziwa matka odrzuciła ją po raz drugi. Nie potrafiłem tego zrozumieć.
Ola kocha Kingę i naszego synka Jacka bezgranicznie. I to jest prawdziwe szczęście.



