Mój dziennik. Straszny wstyd.
Od młodości wierzyłam w sny. Często dziewczyny z wsi opowiadały mi swoje, a ja zgadywałam, co znaczą. Rzadko się myliłam. A moje własne sny zawsze tłumaczyłam sama. Najbardziej lubiłam te, w których latałam! Wznosiłam się nad chatami i pędziłam z wiatrem, aż dech zapierało. Jeden sen powracał do mnie regularnie. Białe konie w siwych jabłkach ciągnęły sanie, a w nich siedzieliśmy z Aleksandrem, trzymając lejce. Konie nabierały rozpędu i wzbijały się w niebo! Dusza zamierała w piersiach. Puszczaliśmy lejce, tuliliśmy się do siebie i lecieliśmy… Ten sen wracał, dopóki Aleksander żył. A gdy go zabrakło, wciąż latałam na koniach, ale on już tylko stał obok, uśmiechnięty. Nie brał lejców. Kochałam te nocne loty, choć wiedziałam, że konie we śnie to zła wróżba choroba, a może śmierć. Po takim śnie albo ciśnienie skakało, albo serce bolało.
Tej nocy znów staliśmy razem w saniach, ale nikt nie kierował podróżą. Lejców nie było. Konie wznosiły się coraz wyżej, aż pod chmury! Na jednej z nich siedział mały aniołek ze skrzydełkami i uśmiechał się do nas. Ludwisiu! Moja Ludwisiu! krzyknęłam przez sen tak głośno, że się obudziłam.
Czas już Czas się przygotować szepnęłam do siebie. Bez żalu, bez rozpaczy.
W domu zawsze lubiłam porządek, więc umyłam podłogę, wytrzepałam tkane chodniki. Wyjęłam węzełek ten, który od dawna chowałam na śmierć wszystko poukładałam, nawet napisałam, co gdzie leży. Bo bez mnie nikt tego nie zrobi. Obcy ludzie by szukali A przyjdzie Gabrysia, kto by inny! Tylko ona teraz do mnie zagląda, jak siostra. Przyjaciółek już prawie nie zostało, a i tak nikt nie dotrze, bo nogi bolą. A Gabrysia jeszcze żwawa. Przybiegnie
Wzięłam szkolny zeszyt, długopis i zaczęłam pisać list.
Wybacz mi, Gabrysiu. Jesteś mi najbliższa. Żyłyśmy jak siostry Proszę, nie mów nikomu o moim strasznym wstydzie. Mnie już pewnie nie będzie bolało, gdy ludzie zaczną plotkować, ale mimo to proszę Latami kłamałam, nawet tobie, siostro, że mam troskliwą córkę, która nie odwiedza mnie tylko dlatego, że jest chora A prawda jest taka, że nie wiem, gdzie jest. Myślę, że żyje, ale zostawiła mnie dawno temu. Żeby nie było wstydu, wymyśliłam tę historię, nawet tobie Nie czekaj na moją córkę, nie szukaj jej Pochowaj mnie obok Aleksandra, tam, gdzie miejsce zostawiłam. Chatę i wszystko, co w niej jest, zostawiam tobie. Może twoim dzieciom się przyda. Nie udało mi się wychować córki Straszny wstyd za to noszę. Niech idzie ze mną do grobu Proszę cię, siostro
Ula dobrze napaliła w piecu i kuchni, zasunęła przepustnicę w kominie i położyła się spać
Gabrysia już wieczorem zauważyła, że u przyjaciółki nie świeci się światło, ale czy mogła przypuszczać?
Czy nie zostawiła jakiejś notatki? spytał policjant, który przyjechał stwierdzić zgon samotnej kobiety.
Nic nie było Nic Ciężko jej było z samotnością i tyle mówiła Gabrysia, gniotąc w kieszeni zmięty list.
* * *
Jej Ludwika była piękna i mądra. Jedynaczka, ukochana. Aleksander, żonaty agronom, zakochał się w prostej wiejskiej dziewczynie. Według praw tamtych czasów powinno go to kosztować pracę i usunięcie z partii, ale jakoś się wywinął tylko go upomniano i zapomniano. Z żoną nie mieli dzieci, a tu nagle wiejska dziewczyna urodziła mu nieślubne dziecko! Mówili, że sam przewodniczący spółdzielni miał ręce pełne roboty, więc pomógł szybko się rozwieść i ożenić z Ulą. Nie będziemy tu bękartów hodować walił k



