Dawno temu, w małej wiosce na Mazowszu, mieszkał cichy i skromny chłopak o imieniu Marek. Żył z rodzicami, Katarzyną i Wojciechem, którzy wychowali go w posłuszeństwie i szacunku. Nigdy nie sprawiał im kłopotów, zawsze spokojny, jakby urodził się z takim charakterem.
Za płotem ich domu często rozlegały się krzyki i awantury. Tam mieszkała Weronika, samotnie wychowująca dwóch synów Jacka i Tomka, chłopców żywych jak iskra, zwłaszcza starszy Jacek, z którym kobieta nie mogła sobie poradzić.
Jacek, znowu dokuczasz bratu! Zaraz ci pokażę! krzyczała Weronika.
To on zaczyna! Niech się nie czepia, a ty zawsze po jego stronie! odgryzał się Jacek.
Jak śmiesz tak do matki mówić?! dobiegało z podwórka.
I tak w kółko. Weronika często narzekała Katarzynie:
Nie mam już siły z tymi urwisami. U was zawsze cicho i spokojnie. Marek to anioł w porównaniu z moimi chłopakami. Zazdroszczę ci, Kasia. Twój Wojtek też spokojny, widzę, że syn po nim. A mój mąż był żywiołowy, kłótliwy i przez to zginął za młodu. Gdyby nie pił, nie utopiłby się Jacek to jego kopia, Tomek trochę spokojniejszy, ale też się nie podda. O, losie mój, losie
No cóż, Weroniko, twoi chłopcy rzeczywiście energiczni kiwała głową Katarzyna. Na ostatnim zebraniu nauczycielka Jacka opowiadała, jak to on klasę rozrabia. Ty nawet nie chodzisz na te spotkania.
Marek i Jacek chodzili do tej samej klasy, razem wracali ze szkoły. Marek uczył się przyzwoicie, a Jacek ledwo ciągnął.
Nie chodzę, wstyd słuchać przyznała Weronika. Jak zobaczę nauczycieli, to uciekam w bok. Zaraz zaczną narzekać, a ja się czerwienię i pocę ze wstydu Zazdroszczę ci, Kasia, naprawdę. Twój Marek to złoty chłopak, a moje machnęła ręką i poszła do domu.
Chłopcy dorastali. Jacek pozostał taki sam po dziewiątej klasie rzucił szkołę, Tomek jeszcze się uczył.
Zrobię prawo jazdy, pójdę do wojska, a potem się ożenię takie miał plany Jacek.
Marek zaś był cichy jak dawniej. Lubił samotne spacery po lesie, zbierał grzyby. Wieczorami siadywał na ganku i pił herbatę, często z książką w ręku. Po szkole został elektrykiem, nie myślał o wyjeździe z wioski. Rodzice by nie pozwolili.
Tu są twoje korzenie, synu mawiał Wojciech.
Gdy jeździł na kursy do pobliskiego miasta, wracał jak najszybciej. Nie lubił zgiełku. Dziewczęta zerkały w jego stronę, ale on się wstydził.
Marku, uważaj na te miejskie dziewuchy ostrzegała Katarzyna. Sprytne są, złapią cię, zobaczysz!
Daj spokój, mamo mruczał, wymigując się.
Bywał w wiejskim klubie, spotykał się z miejscowymi chłopakami, często z Jackiem. Ale na dziewczęta nie zwracał uwagi, więc i one go omijały. Tylko on wiedział, że podkochiwał się w Eli z młodszych klas. Lecz nigdy by się do tego nie przyznał bał się jej.
Dlaczego nie jestem taki rezolutny jak Jacek? Dziewczyny za nim latają, a ja Ja się rumienię, gdy któraś na mnie spojrzy wzdychał w duchu. Może zostanę starym kawalerem, a Jacek już się żeni
Marku, przygotuj się na moje wesele! Będzie w klubie, dziewczyny z sąsiedniej wsi przyjadą. Nie zaszywaj się w domu, bo tak zostaniesz sam śmiał się Jacek, błyskając białymi zębami.
Jego narzeczona, Kinga, była z wioski oddalonej o cztery kilometry.
Dobrze, Jacek, przyjdę obiecał Marek.
Wesele było huczne. Świadkiem Kingi była jej przyjaciółka, Zosia. W ciepły letni wieczór grała muzyka, goście tańczyli, a Marek siedział przy stole lub wychodził na powietrze.
Wtedy zauważyła go Zosia. Marek był przystojny wysoki, ciemnowłosy, o szarych oczach.
Cześć usłyszał wciśnięty głos i zobaczył przed sobą uśmiechniętą Zosię.
Cześć odparł, czerwieniąc się.
Znam cię. Jesteś synem Wojtka mówiła. Twój tata często bywa u nas, zna się z moim ojcem. Ja jestem Zosia, a ty Marek, tak?
Chłopak znów się zaczerwienił, ledwo coś wyjąkał. Zosia mu się podobała, co tylko wzmagało jego zakłopotanie. Gadatliwa, śmiała opowiadała, śmiała się, a on tylko słuchał, bojąc się powiedzieć coś głupiego.
Chodź tańczyć! złapała go za rękę i pociągnęła w wir.
Marek nigdy nie tańczył, ale jakoś poszło. Muzyka była spokojna, objął ją lekko, a ona prowadziła.
To przyjemne, tańczyć z dziewczyną pomyślał. Zosia jest wspaniała.
Tańczyli jeszcze, aż noc zapadła. Gdy goście zaczęli się rozjeżdżać, Zosia powiedziała:
Podobało mi się, Marku. Do zobaczenia!
Następnego dnia chodził jak nieprzytomny. Wciąż widział przed sobą jasnowłosą, niebieskooką Zosię. Ale nie szukał jej wstydził się.
Jak ja tam pojadę? Co ludzie powiedzą? Pewnie już o mnie zapomniała
W sobotni wieczór ktoś gwizdnął pod oknem. Marek wyjrzał stała Zosia, machała do niego.
Cześć! zawołała. Przyjechałam zaprosić cię na koncert do naszej wsi. Jutro, zgadzasz się?
Zgadzam się odpowiedział bez namysłu.
To chodź, przejdziemy się trochę.
Szli powoli, ona mówiła, on słuchał. Gdy w oddali ukazała się jej wieś, Zosia zatrzymała się.
No, już tu sobie podjadę. Do jutra!
Po tym spotkaniu zaczęli się regularnie widywać. Zosia zawsze inicjowała spotkania umawiała się sama, czasem jechali na rowerach. Gdy Marek nie mógł przyjść, ona przyjeżdżała. Katarzynie nie podobała się ta dziewczyna.
Marku, to nie dla ciebie. Zbyt żywiołowa. Będzie tobą rządzić. Znajdź sobie spokojną namawiała.
Ale Marek stracił dla Zosi głowę.



