**Dziennik, 15 stycznia**
Proszę cię, córeczko, zlituj się nade mną, już trzy dni nie jadłam chleba, a pieniędzy nie mam ani grosza szeptała staruszka do sprzedawczyni.
Zimny wiatr wdzierał się w kości, owijając się wokół starych ulic miasta, jakby przypominał o czasach, gdy ludzie mieli jeszcze ciepłe serca i szczere spojrzenia. Na tle szarych ścian i odrapanych szyldów stała starsza kobieta, której twarz pokrywała sieć drobnych zmarszczek każda zdawała się opowiadać osobną historię bólu, wytrwałości i utraconych nadziei. W dłoniach ściskała zniszczoną torbę wypchaną pustymi butelkami, ostatnimi okruchami dawnego życia. Jej oczy lśniły od łez, które powoli spływały po policzkach, nie mając szans wyschnąć w mroźnym powietrzu.
Proszę cię, córeczko, zmiłuj się szepnęła, a jej głos drżał jak liść na wietrze. Trzeci dzień nie miałam w ustach chleba. Ani grosza, żeby kupić choć kromkę
Jej słowa zawisły w powietrzu, ale za szybą piekarni sprzedawczyni tylko obojętnie pokręciła głową. Jej wzrok był zimny jak lód.
Co to ma być? odparła z irytacją. To piekarnia, nie punkt skupu butelek. Nie umiesz czytać? Na szyldzie wyraźnie napisane: butelki przyjmujemy w specjalnym punkcie, dopiero potem dostaniesz pieniądze na chleb, na jedzenie, na życie. Czego chcesz?
Staruszka była zdezorientowana. Nie wiedziała, że punkt skupu zamykają już o dwunastej. Spóźniła się. Spóźniła na tę jedną maleńką szansę, która mogła uratować ją przed głodem. Kiedyś nawet by jej do głowy nie przyszło zbierać butelki. Była nauczycielką, osobą wykształconą, z godną postawą, której nie straciła nawet w najcięższych czasach. Ale teraz stała przy budce jak żebraczka, czując, jak w środku zalewa ją gorycz wstydu.
No cóż przemówiła sprzedawczyni, nieco łagodniej trzeba wcześniej wstawać. Jutro rano oddasz butelki, przyjdziesz, nakarmię cię.
Córeczko błagała kobieta daj mi choć ćwiartkę bochenka Oddam ci jutro. Kręci mi się w głowie Już nie mogę Nie wytrzymam tego głodu dłużej.
Ale w oczach sprzedawczyni nie było śladu współczucia.
Nie odcięła stanowczo. Nie zajmuję się dobroczynnością. Ledwo sama wiążę koniec z końcem. Codziennie tłumy proszą, a ja nie mogę wszystkich żywić. Nie zatrzymuj mnie, mam kolejkę.
Obok stał mężczyzna w ciemnym płaszczu, pogrążony w myślach. Wydawał się odległy, jakby żył w innym świecie świecie obowiązków, decyzji, przyszłości. Sprzedawczyni natychmiast się zmieniła, jakby stanął przed nią nie byle kto, a ważny gość.
Dzień dobry, panie Pawle! zawołała radośnie. Przynieśli pański ulubiony chleb z orzechami i suszonymi owocami. A rogaliki świeże, z morelą. Z wiśnią wprawdzie wczorajsze, ale też smaczne.
Dzień dobry odpowiedział roztargniony. Proszę chleb z orzechami i sześć rogalików z wiśnią.
Z morelą? upewniła się sprzedawczyni z uśmiechem.
Nieważne mruknął. Z morelą, jeśli pani woli.
Wyjął gruby portfel, sięgnął po stuzłotówkę i w milczeniu podał ją sprzedawczyni. W tym momencie jego wzrok przypadkiem padł na staruszkę stojącą w cieniu budki. Jej twarz wydała mu się znajoma. Bardzo znajoma. Ale pamięć uparcie odmawiała przypomnienia sobie szczegółów. Tylko jeden drobiazg mignął w świadomości duża broszka w kształcie staroświeckiego kwiatu, przypięta do jej wytartego żakietu. Było w niej coś bliskiego.
Mężczyzna wsiadł do czarnego samochodu, położył torbę z zakupami na siedzeniu i odjechał. Jego biuro było niedaleko na obrzeżach miasta, w nowoczesnym, choć skromnym budynku. Nie lubił pokazywać bogactwa. Paweł Kowalski, właściciel dużej firmy sprzedającej sprzęt AGD, zaczynał od zera jeszcze w latach 90., gdy kraj pogrążony był w chaosie, a każdy grosz trzeba było wypracować ciężką pracą. Dzięki żelaznej woli, rozumowi i niewiarygodnej pracowitości zbudował imperium, nie opierając się na znajomościach czy protekcji.
Jego dom piękny dom na przedmieściach tętnił życiem. Mieszkała tam jego żona Joanna, dwóch synów Bartek i Kuba i wkrótce miała przyjść na świat długo wyczekiwana córeczka. To telefon od żony wytrącił go z równowagi.
Paweł powiedziała z niepokojem w głosie szkoła wzywa. Bartek znowu się pobił.
Kochanie, nie jestem pewien, czy będę mógł westchnął. Mam ważne negocjacje z dostawcą. Bez tego kontraktu możemy stracić miliony.
Ale sama nie dam rady szepnęła. Jestem w ciąży, jestem zmęczona. Nie chcę iść tam sama.
Nie idź odparł stanowczo. Obiecuję, znajdę czas. A Bartek dostanie w skórę, jeśli się nie ogarnie.
Nigdy nie jesteś w domu powiedziała smutno. Przychodzisz, gdy dzieci śpią, wychodzisz, gdy jeszcze nie wstały. Jestem o ciebie coraz bardziej niespokojna. W ogóle nie odpoczywasz.
Taka praca odparł, czując ukłucie winy. Ale wszystko dla rodziny. Dla ciebie, dla dzieci, dla naszej córeczki, która wkrótce się urodzi.
Przepraszam szepnęła. Po prostu mi ciebie brakuje.
Paweł spędził w biurze cały dzień, a potem jeszcze wieczór. Gdy wrócił do domu, dzieci już spały, a żona siedziała w salonie, czekając na niego. Przeprosiła za swoje słowa, ale on tylko pokiwał głową.
Masz rację powiedział cicho. Za dużo pracuję.
Zaproponowała, żeby odgrzała kolację, ale odmówił.
Jadłem w biurze. Przywiozłem rogaliki z morelą z tej samej piekarni. Są wyśmienite. I chleb z orzechami
Chleb nam nie posmakował zauważyła Joanna. Dzieci nawet nie dojadły.
Paweł zamyślił się. W pamięci pojawił się obraz tej staruszki. Było w niej coś głęboko znajomego. Nie tylko twarz ale sposób bycia, spojrzenie



