Słońce po deszczulyło nad wsią, rozświetlając mokre dachówki.
Maryśka, wpadnij do mnie! Byłam w piwnicy i nazbierałam dla was ziemniaków zawołała sąsiadka przez płot.
Marysia skierowała się w stronę jej podwórka.
Dziękuję, ciociu Jadziu, oddam wam, jak tylko będę mogła.
A co mi oddasz? westychła kobieta. Ech, biedoto. Wcześniej trzeba było myśleć, zanim się dzieci porobiło. Ten twój Kazik nigdy nie był porządnym chłopem.
Marysia przełknęła gorzkie słowa, bo wiedziała, że do wypłaty jeszcze tydzień, a samym mlekiem długo nie wytrzyma. Nie chodziło przecież o nią, ale o trójkę maluchów czekających w domu. Kazik, o którym mówiła sąsiadka, był jej mężem a raczej już byłym, bo rok temu dowiedział się, że państwo za trójkę dzieci nie da im ani mieszkania, ani samochodu. Spakował w pośpiechu swoje rzeczy i oznajmił, że w takiej biedzie żyć nie zamierza. Marysia akurat zmywała naczynia i aż upuściła talerz.
Kaziu, co ty pleciesz? Jesteś mężczyzną! Znajdź porządną robotę, gdzie dobrze płacą, i nie będzie biedy. To twoje dzieci! Zawsze mówiłeś, że chcesz ich więcej, że pragniesz dużej rodziny.
Chciałem, ale nie wiedziałem, że państwo ma w dupie wielodzietnych odparł Kazik. A pracować dla ściany węgla nie widzę sensu.
Marysia opuściła ręce.
Kaziu, a co z nami? Jak ja sobie sama z tym wszystkim poradzę?
Maryś, no nie wiem. Zresztą, dlaczego ty nie postawiłaś na swoim? Jedno dziecko w zupełności by nam wystarczyło. Jesteś kobietą, powinnaś była przewidzieć, że tak się może skończyć.
Nie zdążyła już nic odpowiedzieć, bo Kazik wybiegł z domu i prawie truchtem pomknął w stronę przystanku. Łzy zakręciły się w jej oczach, ale wtedy zobaczyła trzy pary dziecięcych oczu wpatrzonych w nią. Staś był najstarszy, w tym roku szedł do szkoły. Michał miał zaledwie pięć lat, a ich słoneczko Zosia dwa. Marysia przełknęła ślinę i uśmiechnęła się.
No to kto jest za tym, żeby usmażyć naleśniki?
Dzieci zareagowały radosnym piskiem. Tylko Staś wieczorem zapytał:
Mamo, tata już nie wróci?
Marysia próbowała wymyślić odpowiedź, ale w końcu tylko westchnęła:
Nie, synku
Chłopiec przez chwilę sapał, aż w końcu powiedział:
No to trudno. Poradzimy sobie bez niego. Ja ci pomogę.
Gdy wracała z wieczornego dojenia, wiedziała, że maluchy są już nakarmione i w łóżkach. I w ogóle nie mogła uwierzyć, jak szybko jej syn dojrzał.
***
Podziękowawszy za ziemniaki, ruszyła w stronę domu. *Boże, kiedy wreszcie zrobi się cieplej? Jakaś nienormalna zima w tym roku.* Ziemniaków starczyłoby, ale pewnej nocy mróz tak ścisnął, że nawet w piwnicach wiele zmarzło. Wiejskie kobiety współczuły jej, chociaż nie omieszkały przypomnieć, jaka z niej głupia. Ale czy naprawdę była głupia? Teraz nie wyobrażała sobie życia bez któregoś z dzieci. Choć było ciężko, dawali radę. Marzyli o nowych ubraniach i zabawkach, ale dzieci nie marudziły. Wiedziały, że mama kupi, jak tylko będzie mogła. W tym roku razem ze Stasiem planowali postawić dużą szklarnię na razie z folii, ale już wszystko obliczyli, ile więcej słoików ogórków i pomidorów będą mogli przygotować na zimę.
Marysia przeszła wiadro do drugiej ręki i nagle zobaczyła gromadkę ludzi. No, jak to na wsi nawet trzy osoby to już tłum. Skierowała się w ich stronę, bo stały właśnie przy jej płocie. Zanim podeszła, usłyszała:
Ogromny, na pewno myśliwski.
Pewnie dzik go podrapał. Nie przeżyje.
Marysia spojrzała tam, gdzie patrzyli ludzie, i aż krzyknęła:
Co wy stoicie?! Trzeba mu pomóc!
Odwrócili się do niej. Sąsiad machnął ręką:
No co ty, Maryś, powiesz jeszcze. Widzisz te kły? Kto się do niego zbliży? Zresztą, i tak już po nim.
Jak to po nim? Przyszedł do ludzi po pomoc!
Na śniegu leżał pies może myśliwski, może nie. Marysia się na tym nie znała, ale widziała, że ma poważnie poraniony bok. Zwierz był ogromny, ale wcale się go nie bała. Widziała tylko ból w jego oczach! Ludzie się pośmiali i rozeszli. Nikomu nie chciało się problemów.
Marysia delikatnie pogłaskała psa między uszami.
Wytrzymaj jeszcze trochę. Zaraz przyniosę koc i spróbujemy cię zabrać do domu.
Za plecami rozległ się szelest.
Mamo, przyniosłem koc. Możemy jeszcze wziąć drzwiczki od starej lodówki jako nosze.
Marysia odwróciła się gwałtownie obok stał Staś, a w jego oczach błyszczały łzy. Widziała, jak bardzo pies cierpi. Zwierz chwycił zębami koc i cicho skomlał. Zamilkł, gdy Marysia przemywała ranę. Jeśli psy mdleją, to właśnie to się teraz stało. Młodsze dzieci obserwowały wszystko z kanapy, szeroko otwartymi oczami.
Mamo, on przeżyje?
Staś głaskał psa po łbie, aż ten w końcu otworzył zamglone oczy.
Musi przeżyć. Będziemy się nim opiekować.
Następnego dnia, gdy Marysia przyszła do obory, otoczyły ją dojarki.
Maryś, co ty sobie myślałaś? Po co ci duży, obcy pies w domu, i to jeszcze przy dzieciach?
No właśnie. Jakby nie miała swojej gromadki, która i tak ledwo wiąże koniec z końcem. A po co, pytam? I tak zdychnie, a jeśli nie, to jeszcze kogoś pogryzie.
Marysia nawet podniosła głos:
Nie macie własnych problemów, że w moje grzebiecie? Zosiu, wczoraj Kasia mówiła, że wytarga cię za włosy, bo donieśli jej, że twój chłop łazi do niej przez ogrody. A tobie, Taniu, też by się przydało w swoim domu porządek zrobić, a nie w mój się wpierdalać. Twój Wojtek znowu wczoraj pił piwo za sklepem, a ma dopiero czternaście lat.
Kobiety nagle zamilkły, a nawet cofnęły się o krok, bo Marysia nigdy wcześniej nie pozwalała sobie na takie słowa. A ona poszła dalej pracować. *Tylko nie zapomnieć wziąć mleka. Może Burek choć trochę wypije.*
Burkem nazwał psa Staś. Nie odstępował go na krok prz



