**Historia Kobieca**
Katarzynę i Marka uważano za idealną parę. Oboje przystojni, osiągnięci, z pieniędzmi, tylko dzieci nie mieli. Lekarze rozkładali ręce, stawiając niepocieszającą diagnozę.
Ale oni nie tracili nadziei. Chodzili do kościoła, modlili się, jak tylko umieli, jeździli po świętych miejscach. Do kogo tylko nie zwracali się. Gdy tylko usłyszeli, że w jakiejś wiosce jest stara znachorka, natychmiast do niej jechali. Pewna z nich powiedziała, że dziecko będzie, nawet nie jedno, ale przez ból i straty. Mówiła wtedy wiele. Katarzyna tak się ucieszyła, że słuchała tylko połowicznie, niczego nie zapamiętała, poza tym, że trzeba wierzyć.
– Żyliby dla siebie, podróżowali, pieniędzy mają pod dostatkiem, a oni tragedię robią. Dzieci niewdzięczne, wyrosną, nie podadzą szklanki wody na starość szeptali za jej plecami.
– Stara już, sama pewnie ma bukiet chorób, a tu jeszcze dzieci chce. O wnukach czas myśleć Ale skąd wnuki, skoro dzieci nie ma?
Katarzyna raz powiedziała Markowi, że go nie trzyma, niech znajdzie sobie młodszą kobietę, która urodzi mu dziecko, a nawet nie jedno. Spojrzał na nią wtedy tak, że pożałowała swoich słów i więcej tego tematu nie poruszała.
Tak żyli.
Wszystko było praca, mieszkanie, pieniądze, ale okazało się, że do szczęścia to za mało. Katarzyna wiedziała, że byłaby najlepszą matką na świecie. Wyobrażała sobie, jak kołysałaby na rękach malutkiego człowieczka, podobnego do nich z mężem, jak stawiałby pierwsze kroki, szedł do szkoły Czasem sama siebie przekonywała: – Ludzie żyją i bez dzieci. Widocznie taki los. Bóg nie daje dziecka, to znaczy, że nie zasłużyłam. I szukała w sobie wad, za które mogła być ukarana.
Może modlitwy pomogły, może zlitował się nad nimi Najwyższy, za cierpliwość i wiarę ich nagrodził. Pewnego dnia stało się to cudowne zdarzenie, w które tak wierzyli.
Katarzyna już nie śledziła dni. Gdy więc rano poczuła mdłości, pomyślała, że zjadła coś nieświeżego. Ale mdłości powtórzyły się i następnego dnia. A potem, gdy gotowała zupę, od zapachu mięs zrobiło jej się niedobrze. A może? Nie, to niemożliwe! Mimo wszystko Katarzyna poszła do apteki i kupiła dwa różne testy.
Jak często czekamy na cud, a gdy już go widzimy, wątpimy i nie wierzymy własnym oczom. Tak i Katarzyna nie od razu uwierzyła, gdy zobaczyła dwie upragnione kreski. Ledwo doczekała się Marka z pracy, by podzielić się radością.
– Jestem w ciąży wypaliła, gdy tylko wszedł do mieszkania, i podała mu test.
Pochylili się ku sobie, objęli i stali tak długo, aż łzy radości wyschły na policzkach.
Marek nie pozwalał jej dźwigać ciężarów, nawet do sklepu zabronił chodzić bez niego, by nie nosiła ciężkich toreb. Ciągle pytał, jak się czuje.
– Przestań się nade mną trząść. Kobiety starsze ode mnie rodzą dąsała się Katarzyna.
– Inne kobiety mnie nie obchodzą, mam tylko ciebie. Nie chcę, by coś stało się tobie i naszemu dziecku mówił, całując żonę. A poza tym, sprawia mi przyjemność opiekowanie się wami.
Gdy brzuch stał się widoczny, sąsiedzi i koledzy nie pozostawili tego bez komentarza. Jedni szczerze się cieszyli, inni nie kryli negatywnych opinii.
– Więc jednak zrobili in vitro?
– Nie urodzi, albo urodzi kalekę powiedziała jedna sąsiadka drugiej na ławce pod domem.
Katarzyna usłyszała i szybko odeszła od życzliwych. Szła, gładząc brzuch i szepcząc:
– Nie słuchaj nikogo. Będziesz najpiękniejsza i najmądrzejsza. Wiedziała już, że będzie córeczka.
Wcześniej Katarzyna omijała dziecięce działy w sklepach, teraz jednak śmiało wchodziła i wybierała najlepsze ubranka dla dziewczynki. W domu rozpakowywała je i podziwiała, wyobrażając sobie w nich swoją córeczkę. Przytulała maleńki kombinezon do twarzy. Pachniał sklepem, ale to przecież były ubranka jej dziecka.
Gdy nadszedł czas porodu, umówili się w najlepszej klinice na cesarskie cięcie, bojąc się niespodzianek. Zbyt długo czekali, by ryzykować. Dziewczynka urodziła się zdrowa. Nie było dnia, by nie dziękowali komuś z góry za darowane szczęście.
Katarzyna nie miała pokarmu, kupowali więc najdroższe i najlepsze mleko. Oboje mogli godzinami patrzeć, jak maleństwo śpi. Potem były pierwsze ząbki, pierwsze słowa, pierwsze kroki. Marek zaproponował, by Katarzyna nie wracała po urlopie macierzyńskim do pracy. Dobrze zarabia, niech zostanie z dzieckiem w domu.
– Żadnych przedszkoli, od innych dzieci tylko choróbska się łapie.
Córka stała się sensem życia dla Katarzyny, z radością zajmowała się nią w domu. Hania rosła otoczona miłością, piękna i grzeczna, nie sprawiała rodzicom problemów.
Do szczęścia szybko się przyzwyczajamy, przestajemy je zauważać.
Hania już chodziła do szkoły. Pewnego wieczoru odrabiała lekcje, Marek czytał gazetę, a Katarzyna przygotowywała kolację. Zostało tylko pokroić warzywa do sałatki, gdy przypomniała sobie, że zapomniała kupić majonez.
– Marek, skoczę szybko do sklepu powiedziała.
– Mhm mruknął, nie odrywając się od gazety.
Gdy wróciła, zabrała się za sałatkę. Dopiero gdy poszła wołać Hanię na kolację, zauważyła, że jej nie ma.
– Marek, a gdzie Hania?
– Do Oli wpadła na chwilę.
– Dawno?
– Zaraz po twoim wyjściu.
Katarzyna spojrzała na zegarek wpół do siódmej. Mówią, że w takich momentach matka czuje niepokój, przeczucie nieszczęścia. Ale Katarzyna nic nie poczuła, była spokojna. Koleżanka Ola mieszkała w sąsiednim bloku. Po co się martwić? W każdej chwili można po nią pójść.
Nie czekali na Hanię, zjedli kolację. Potem Katarzyna zadzwoniła do Oli. Odebrała jej matka.
– Dzień dobry, mówi mama Hani. Już czas, żeby wracała do domu powiedziała Katarzyna.
– A jej u nas nie ma. Myślałam, że jej nie wypuściliście odparła kobieta.
– Jak to nie ma? krzyknęła



