Dziś znów byłem na grobie Heleny. Jak co roku w lutym, od pięciu lat. Chciałem tylko położyć kwiaty i odejść. Ale zamiast spokoju zobaczyłem coś, co zmroziło mi krew w żyłach. Na płycie leżało dziecko, zwinięte w kłębek pod starą kołdrą.
Przepraszam, mamusiu szepnął chłopiec, przyciskając do piersi pożółkłe zdjęcie.
Zdrętwiałem. Obcy na grobie mojej żony? Chciałem go odegnąć, ale wtedy podniósł wzrok i powiedział coś, co rozsadziło mój świat.
Wieczór był wilgotny, mgła otulała cmentarz jak całun. Każdy kamień zdawał się mówić: idź stąd. A jednak zostałem. I wtedy zobaczyłem to dziecko, może sześcioletnie, śpiące bezpośrednio na nagrobku.
Podszedłem bliżej, żwir chrzęścił pod butami. Wściekłość we mnie rosła: jak ktoś śmie tu leżeć?
Wstawaj! warknąłem, ale głos mi zadrżał.
Chłopiec drgnął, otworzył oczy. Spojrzał na mnie zagubiony, przerażony.
Przepraszam, mamusiu Nie chciałem tu zasnąć
Zamarłem. Mamusiu? Spojrzałem na napis na płycie imię Heleny. Przypadek? Czy szyderstwo?
Skąd masz to zdjęcie?! prawie krzyknąłem, wskazując fotografię.
Chłopiec się przestraszył, ale nie oddał zdjęcia. W końcu szepnął:
Ona mówiła, że mnie znajdziesz Obiecała.
Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Te słowa uderzyły mocniej niż cios.
Kim jesteś?! wykrztusiłem.
Nie odpowiedział. Ale w jego oczach było coś, co sprawiło, że ziemia usunęła mi się spod nóg.
Co to znaczy? Dlaczego nazywa ją mamusiu?
Stałem jak skamieniały. Jego twarz była znajoma. To samo czoło, kości policzkowe, nawet kształt ust. To nie mógł być przypadek.
Ile masz lat? spytałem, starając się zapanować nad głosem.
Sześć Niedługo siedem odparł, nie patrząc na mnie.
Osunąłem się na ławkę. Sześć lat. Dokładnie wtedy Helena odeszła Czy mogła to ukryć? Nie powiedzieć mi?
Zdjęcie w jego rękach było stare, jedno z tych, których sam dawno nie widziałem. Skąd on je wziął?
Jak masz na imię?
Teodor. Ale mama mówiła na mnie Tomek.
Nigdy nie wybierałem tego imienia. A jednak coś mi dzwoniło. Przypomniałem sobie list Heleny, w którym żartowała: Jeśli będziemy mieli syna, chcę go nazwać Tomek.
Ścisnęło mnie w piersi. Już wiedziałem, ale bałem się to przyznać.
Gdzie mieszkałeś? Kto się tobą opiekował?
Ciocia Wanda Była z domu dziecka. Ale umarła. Powiedziała, żebym w razie czego przyszedł na cmentarz. Do mamy.
Nie wytrzymałem. Wyciągnąłem ręce i objąłem go. Najpierw się spięty, ale potem przytulił się mocno jakby czekał na to całe życie.
Pięć lat żyłem w pustce, nie wiedząc, że w tym samym mieście rośnie mój syn.


