Rodzina się zjawiła — i już zostali

Rodzina się zjawiła i została

Justyna Kaczmarek wyciągała właśnie jabłecznik z piekarnika, gdy zadzwonili do drzwi. Spojrzała na zegarek wpół do dziesiątej rano. Trochę wcześnie na gości.

Idę, idę! krzyknęła, wycierając ręce w fartuch i kierując się do wejścia.

Na progu stała Wioletta z mężem Zenonem, obwieszani torbami i walizkami. Kuzynka wyglądała na zmęczoną, a jej małżonek marszczył brwi z niezadowoleniem.

Justynko, kochanie! zaszczebiotała Wioletta, rzucając się w objęcia. Przyjechaliśmy do ciebie! Nie odmówisz przecież rodzinie?

Wiola? Justyna spojrzała na nich z dezorientacją. Co się stało? Skąd jesteście?

Z Katowic przyjechaliśmy burknął Zenon, wciągając do przedpokoju ogromną walizę. Droga się ciągnęła w nieskończoność, przeklęte korki.

Wejdźcie, wejdźcie zakrzątnęła się Justyna. Rozbierzcie się. Tylko nie rozumiem Nie daliście mi znać.

Wioletta zrzuciła kurtkę i powiesiła na wieszaku.

Justynko, no wiesz, sytuacja u nas taka Zenek z pracy wyleciał, grosza przy duszy nie ma. A tu jeszcze mieszkanie musieliśmy sprzedać.

Jak to sprzedać? zdziwiła się Justyna.

No długi były, kredyty machnął ręką Zenon. Więc pomyśleliśmy, że do ciebie przyjedziemy. Mieszkasz sama w trzypokojowym, miejsca starczy dla wszystkich.

Justyna stała i mrugała, nie wierząc własnym uszom. Tymczasem Wioletta już weszła do kuchni i wciągała nosem aromat.

Och, jak tu pachnie! Placek, tak? A my akurat głodni. Całą drogę oszczędzaliśmy, nic nie jedliśmy.

Siadajcie do stołu zdezorientowana zaproponowała gospodyni. Zaraz zrobię herbatę.

Zenon zwalił się na krzesło i rozejrzał po mieszkaniu.

Nieźle tu masz, Justyna. Remont świeży, meble porządne. Widać, że samej żyje się wygodnie.

W jego głosie było coś oskarżycielskiego, co ukłuło Justynę. Od śmierci męża żyła sama już osiem lat, przyzwyczajona do ciszy i porządku. Pracowała w bibliotece, zarabiała niewiele, ale starczało na wszystko.

A gdzie wasze rzeczy? spytała, nalewając herbatę.

No tam, w przedpokoju Wioletta skinęła na walizki. Zenek, wnosisz wszystko do pokoju.

Do którego pokoju? ostrożnie dopytała Justyna.

No jak to do którego? Do wolnego. Masz przecież trzy.

Wiola, chwileczkę. Najpierw porozmawiajmy. Nie rozumiem, na jak długo przyjechaliście?

Wioletta i Zenon wymienili spojrzenia.

No, dopóki sprawy się nie poprawią wymijająco odpowiedziała kuzynka. Znajdziemy pracę, staniemy na nogi.

A to kiedy mniej więcej będzie?

A kto to wie? Zenon odkroił sobie spory kawał placka. Może miesiąc, może pół roku. Zależy od okoliczności.

Justyna poczuła, jak ściska ją w środku. Wiedziała, że odmówić rodzinie w potrzebie to nietakt, ale myśl, że w jej spokojnym życiu pojawią się stali lokatorzy, przyprawiała ją o dreszcze.

Justynko, nie wyrzucisz nas chyba na bruk? Wioletta złapała ją za rękę. Jesteśmy przecież rodziną. A w rodzinie trzeba sobie pomagać.

No oczywiście, że nie wyrzucę westchnęła Justyna. Tylko to takie nagłe.

Do wieczora goście już całkiem się zadomowili. Zenon rozłożył się na kanapie z pilotem i przeskakiwał kanały, głośno komentując to, co działo się na ekranie. Wioletta krzątała się po kuchni, przestawiając słoiki z przyprawami i myjąc naczynia.

Justynko, ale masz tu dziwny porządek zauważyła, wycierając talerz. Sól obok herbaty stoi, cukier w najdalszym kącie. Ja wszystko po ludzku poukładałam.

Justyna z przerażeniem patrzyła na tę reorganizację. Każda rzecz w jej domu miała swoje miejsce, wszystko było przemyślane. Teraz nie mogła nawet znaleźć ulubionej kawy.

Wiola, po co to wszystko przestawiałaś? Tak mi było wygodnie.

Ależ co ty, tak to było nielogiczne! Ja się na tym znam, mam wprawne oko.

Hej, kobiety! warknął z salonu Zenon. A kiedy w końcu będziemy jeść? Już mi się kurczaki w brzuchu ganiają.

Już, już zakrzątnęła się Wioletta. Justynko, a co masz na kolację?

Justyna otworzyła lodówkę. Był tam kawałek wędliny, trochę sera i dwa jajka jej zwyczajny, skromny posiłek na kilka dni.

Niewiele niepewnie powiedziała.

Ojej, ale to przecież nic! zawołała Wioletta. Dla trzech osób to za mało. Zenek, bierz kasę, idziemy do sklepu.

Jaką kasę? burknął. Zostawiłem ostatnie grosze na bilet powrotny.

Wszyscy spojrzeli na Justynę. Zrozumiała aluzję i sięgnęła po portfel.

Weźcie, ile trzeba powiedziała, podając kilka banknotów.

Och, dziękuję, kochana! ucieszyła się Wioletta. Jesteś prawdziwą rodziną! Oddamy wszystko, jak tylko się pozbieramy.

W sklepie Wioletta narobiła zakupów na cały tydzień drogie wędliny, łososia, tort, czekoladki. Justyna w milczeniu płaciła, zdając sobie sprawę, że wydała połowę pensji.

No to teraz sobie pożyjemy! z zadowoleniem zacierał ręce Zenon, przeglądając zakupy. Nie to co na sucharze i pastę.

Wieczorem, gdy goście w końcu położyli się spać w dawnym gabinecie Justyny, ta siedziała w kuchni i próbowała ogarnąć sytuację. Zwykle kładła się o dziesiątej, a teraz była już wpół do dwunastej. Zenon do późna oglądał telewizję na pełnej głośności, Wioletta grzechotała garnkami i gadała bez przerwy.

Justynko, czemu nie śpisz? Wioletta wyszła z pokoju w szlafroku. Chodź, napijemy się herbaty, pogadamy.

Wiola, już późno. Jutro do pracy.

Ale co ty, ta twoja biblioteka się nie zawali. Opowiedz lepiej, jak tu sama żyjesz? Nie nudno?

Przywykłam.

A facetów żadnych? Wdową została

Rate article
Fajna Tajna
Rodzina się zjawiła — i już zostali