Rodzina przyjechała i została
Jadwiga Kowalska właśnie wyjmowała jabłecznik z piekarnika, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Spojrzała na zegarek wpół do dziesiątej rano. Za wcześnie na gości.
Idę, idę! zawołała, wycierając ręce o fartuch i kierując się do przedpokoju.
Na progu stała Weronika z mężem Radosławem, obwieszona torbami i walizkami. Kuzynka wyglądała na zmęczoną, a jej mąż marszczył brwi z niezadowoleniem.
Jadziu, kochanie! zaszczebiotała Weronika, rzucając się w objęcia. Przyjechaliśmy! Nie odmówisz przecież rodzinie?
Weronika? Jadwiga patrzyła na nich zdezorientowana. Co się stało? Skąd jesteście?
Od Matki Boskiej z Częstochowy burknął Radosław, wciągając do środka ogromną walizę. Całą noc jechaliśmy, przeklęte korki.
Wejdźcie, wejdźcie zakrzątnęła się Jadwiga. Rozbierzcie się. Tylko nie rozumiem Nie daliście znać.
Weronika zrzuciła kurtkę i powiesiła na wieszaku.
Jadziu, no wiesz, tak się potoczyło. Radek stracił pracę, nie mamy już grosza przy duszy. Musieliśmy sprzedać mieszkanie.
Jak to sprzedać? aż się zachłysnęła Jadwiga.
Długi, kredyty machnął ręką Radosław. Więc stwierdziliśmy, że wpadniemy do ciebie. Mieszkasz sama w trzypokojowym, będzie miejsce dla wszystkich.
Jadwiga stała, mrugając powiekami, nie wierząc własnym uszom. Tymczasem Weronika już przeszła do kuchni i wciągnęła nosem powietrze.
Och, jak pachnie! Placek, co? A my akurat głodni jak wilki. Oszczędzaliśmy przez całą drogę.
Siadajcie do stołu zaproponowała, wciąż zdezorientowana. Zaraz zrobię herbatę.
Radosław opadł ciężko na krzesło i rozejrzał się wokół.
Nieźle tu u ciebie, Jadwiga. Remont świeży, meble porządne. Widać, że samej żyje się wygodnie.
W jego głosie zabrzmiała nuta pretensji, która ukłuła Jadwigę. Żyła sama od ośmiu lat, odkąd zmarł jej mąż. Pracowała w bibliotece, zarabiała niewiele, ale wystarczało na skromne życie.
A gdzie wasze rzeczy? spytała, nalewając herbatę.
No tam, w przedpokoju Weronika wskazała głową na walizki. Radek, wnosisz wszystko do pokoju.
Do jakiego pokoju? ostrożnie dopytała Jadwiga.
No jak to do jakiego? Do wolnego. Masz przecież trzy.
Weronika, chwileczkę. Najpierw porozmawiajmy. Nie rozumiem, na jak długo przyjechaliście?
Weronika i Radosław wymienili spojrzenia.
No, dopóki nie ogarniemy spraw wymijająco odpowiedziała kuzynka. Znajdziemy pracę, stanę na nogi.
A kiedy to mniej więcej będzie?
A kto to wie? Radosław odkroił sobie spory kawał ciasta. Może miesiąc, może pół roku. Zależy od okoliczności.
Jadwiga poczuła, jak coś ściska ją w środku. Wiedziała, że nie wypada odmówić rodzinie w potrzebie, ale myśl, że w jej uporządkowanym życiu pojawią się na stałe dwie osoby, napawała ją przerażeniem.
Jadziu, nie wyrzucisz nas chyba na bruk? Weronika złapała ją za rękę. Jesteśmy rodziną. A rodzina powinna sobie pomagać.
Oczywiście, że nie wyrzucę westchnęła Jadwiga. Po prostu to takie nagłe.
Wieczorem goście już się rozgościli. Radosław rozsiadł się na kanapie z pilotem i przeskakiwał kanały, głośno komentując to, co działo się na ekranie. Weronika krzątała się po kuchni, przestawiając słoiki i myjąc naczynia.
Jadziu, ale masz tu dziwny porządek zauważyła, wycierając talerz. Sól stoi obok herbaty, cukier w drugim końcu. Już to poukładałam po ludzku.
Jadwiga patrzyła na tę reorganizację z przerażeniem. Każda rzecz w jej domu miała swoje miejsce, wszystko było przemyślane. A teraz nie mogła nawet znaleźć ulubionej kawy.
Weronika, po co to wszystko przestawiałaś? Mnie było wygodnie.
Oj, daj spokój, tak było niepraktycznie! Ja się znam na takich rzeczach.
Hej, kobiety! zawołał z salonu Radosław. A jeść kiedy będzie? Umieram z głodu.
Już, już zakrzątnęła się Weronika. Jadziu, a co masz na kolację?
Jadwiga otworzyła lodówkę. Był tam kawałek kiełbasy, trochę sera i dwa jajka jej zwyczajny, skromny posiłek.
Niewiele odpowiedziała niepewnie.
Ojej, to przecież nic! zawołała Weronika. Dla trzech osób to za mało. Radek, bierz pieniądze, idziemy do sklepu.
Jakie pieniądze? burknął. Zostawiłem ostatnie grosze na bilet powrotny.
Wszyscy spojrzeli na Jadwigę. Zrozumiała aluzję i sięgnęła po portfel.
Weźcie, ile trzeba powiedziała, podając kilka banknotów.
Och, dziękuję, kochana! uradowała się Weronika. Jesteś prawdziwą rodziną! Oddamy wszystko, jak tylko stanę na nogi.
W sklepie Weronika kupiła jedzenie na cały tydzień drogie wędliny, łososia, tort, cukierki. Jadwiga w milczeniu płaciła, zdając sobie sprawę, że wydała połowę pensji.
No to teraz dopiero zaczniemy żyć! z zadowoleniem zacierał ręce Radosław, przeglądając zakupy. Bo na samej kiełbasie daleko nie zajedziesz.
Wieczorem, gdy goście wreszcie położyli się spać w dawnym gabinecie, Jadwiga siedziała w kuchni, próbując ogarnąć myśli. Zwykle kładła się spać o dziesiątej, a teraz była już północ. Radosław do późna oglądał telewizję na cały regulator, Weronika brzęczała garnkami i bez przerwy mówiła.
Jadziu, czemu nie śpisz? Weronika wyszła w szlafroku. Napijmy się herbaty, pogadamy.
Weronika, już późno. Jutro muszę do pracy.
Oj, daj spokój! Twoja biblioteka nie ucieknie. Opowiedz, jak żyjesz sama? Nie nudno?
Przywykłam.
A facetów nie masz? Zostałaś wdową na zawsze?
Jadwiga skrzywiła się. Nie lub



