Och, dzieci moje posłuchajcie, opowiem wam, jak to bywa, gdy życie wynosi cię z rodzinnego domu, i to jeszcze tak, że lądujesz w obcych ścianach nie z dobrej woli, ale z bezsilności.
Dawno myślałam, że rodzina to opoka. Że mąż podeprze, że w domu będzie ciepło nie tylko od kaloryferów, ale i od serca. A wyszło no właśnie, tak.
Mieszkała u nas Weronika, młoda kobieta pracowita jak mrówka. I do pracy zdążyła, i dom utrzymywała w czystości, i obiad gotowała, i rachunki płaciła. A jej mąż, Tadeusz, leżał całymi dniami na kanapie, bawił się w swoje gry. Kiedyś pracował, ale potem oznajmił, że szef to tyran, a zespół beznadziejny, i zwolnił się. Obiecał, że szybko znajdzie lepsze zajęcie, ale już pół roku to szybko ciągnęło się jak zimowy wieczór.
A do tego w ich domu była jego matka, Janina Władysława. Och, język miała ostrzejszy niż brzytwa. Cokolwiek ugotowała Weronika zawsze źle: to owsianka za gęsta, to śmietana nie ta, to barszcz za kwaśny, to kotlety za suche. I zawsze swojemu synkowi dogadzała: Ty przecież, Tadziu, nie bierz byle jakiej roboty, tyś u nas mądry, wykształcony!
A Weronika dźwigała wszystko na swoich barkach. I pieniądze zarabiała, i obiad gotowała, i po wszystkich zmywała. Nawet herbatę z ciastkiem nosiła do salonu, bo im wygodniej było siedzieć przed telewizorem niż wstać.
Ile razy błagała męża, żeby chociaż tymczasową pracę znalazł on w odpowiedzi: Nie będę się rozpraszał błahostkami, szukam czegoś poważnego. A jego matka tylko przytakiwała: Nie naciskaj na niego, on i tak się przejmuje.
Myślicie, że ktoś ją usłyszał? Gdzie tam! Oni mieli swoją prawdę: skoro ona pracuje to im wystarczy. A to, że padła ze zmęczenia, to drobiazg.
Ja też tak kiedyś żyłam Pamiętam, jak dźwigałam wszystko sama, a wdzięczności zero. Najpierw myślisz, że jeszcze trochę i coś się zmieni, potem że wytrzymasz dla rodziny. A w końcu rozumiesz: wytrzymujesz dla tych, którzy cię nie doceniają.
Mówią, że sama jestem winna, że trafiłam do domu starców. Może i tak. Bo nie wyszłam wcześniej, gdy jeszcze miałam siły, nie powiedziałam dość. A znosiłam, aż wyczerpałam się do cna.
No i Weronika w końcu spakowała walizkę i poszła. Nie wiem dokąd, ale wiem dlaczego. Bo zmęczyła się byciem kucharką, przyzwoitą, kasjerką, a w dodatku nie taką w oczach tych, dla których się poświęcała.
Otóż, dzieci moje dbajcie o siebie. Bo jeśli wy sami tego nie zrobicie nikt za was tego nie zrobi.



