Przekładając karty życia

Dzisiaj znów przeglądam swoje życie

Zawsze były we trzy: babcia Weronika, mama Wanda i ja, Kinga. Ojca nie pamiętałam. Raz zapytałam mamę o niego, ale tylko przytuliła mnie mocno, a w jej oczach pojawiły się łzy. Więcej nie pytałam po co sprawiać jej ból?

“Nie będę już o to pytać” pomyślałam. “I tak mamy się dobrze we trzy.”

Ale gdy skończyłam dziesięć lat, babcia odeszła. Zostałyśmy z mamą sam na sam. Od dziecka uwielbiałam rysować po ścianach, w zeszytach, na wszystkim. Mama tylko krzywiła się:

“Kinga, marnujesz papier, zamiast się uczyć.”

W szkole nauczyciel plastyki chwalił mnie bez końca:

“Kinga, masz talent! Zostaniesz wielką artystką. Powtórz to mamie wiem, co mówię.”

Ale mama tylko machnęła ręką:

“Co tam jakiś nauczyciel plastyki wie? Niech sobie rysuje, byle miała zajęcie.”

Mimo to kupowała mi farby i pędzle. Rysowałam z zapałem, najczęściej pejzaże. Gdy nadszedł czas matury, chciałam iść do szkoły artystycznej. Mama stanowczo zaprotestowała:

“Żadnych studiów artystycznych! Idziesz na pedagogikę.”

“Mamo, ja nie chcę”

“Nie pytam, co chcesz. Malowanie to nie zawód!”

Nie śmiałam się sprzeciwić.

Tak jak każda dziewczyna, marzyłam o księciu z bajki wysokim, przystojnym, o czułym spojrzeniu. Wierzyłam, że kiedyś go spotkam.

Podczas matur, by się uspokoić, uciekałam z sztalugą nad Wisłę. Tam czułam się szczęśliwa. Malowałam wzgórza porośnięte sosnami, rybaków na brzegu, chmury odbijające się w wodzie.

Pewnego dnia obraz nie wychodził. Stałam zamyślona, gdy nagle usłyszałam głos:

“Farbę kładź delikatniej. Dotykaj płótna lekko, jakbyś się bawiła.”

Obejrzałam się. Przede mną stał mój wymarzony książę. Wziął pędzel z mojej dłoni, muśnięciem ożywił chmury.

Zadrżały nie tylko one, ale i moje serce.

“Jak masz na imię, mała artystko?” spytał. “Ja jestem Marek.”

“Kinga” wyszeptałam, gdy pocałował moją dłoń. Nikt wcześniej tak mnie nie traktował.

Od tamtej pory spotykaliśmy się nad rzeką. Marek był malarzem, przyjechał do naszego miasteczka odwiedzić ciotkę. Skończył ASP, ale tak jak wielu artystów, nie został doceniony.

“Jeszcze będą żałować” mówił gorzko, obejmując mnie. “Nadejdzie mój czas.”

Kochałam go ślepo. Pewnego dnia stało się to, czego nie planowałam. Nie stawiałam oporu był moim księciem. Potem zniknął.

Czekałam nad Wisłą dzień za dniem, ale nie przychodził.

“Czy naprawdę mnie porzucił? Przecież mówił, że mnie kocha”

Minęły dwa miesiące. Zbliżały się egzaminy na studia, ale czułam się coraz gorzej. Mama się zaniepokoiła:

“Kinga, dlaczego jesteś taka blada?”

“Nie wiem, kręci mi się w głowie”

Nie dostałam się na uczelnię. Okazało się, że jestem w ciąży. Mama wpadła w szał. Krzyczała, tupała, aż w końcu oświadczyła:

“Znam lekarza. Za 500 złotych wszystko załatwi.”

“Nigdy!” krzyknęłam. “Nie zabiję dziecka, nawet jeśli Marek mnie zdradził!”

“Nie pytam cię o zdanie!”

“Jeśli mnie zmusisz, ucieknę z domu!” odparłam tak stanowczo, że zbladła.

“Przepraszam, córeczko” rozpłakała się nagle. “Wychowałam cię sama, i wnuka też wychowamy.”

Pogodziłyśmy się. Mama nawet pokochała myśl o dziecku.

Gdy nadszedł poród, obudziłam się w szpitalu. Nad łóżkiem stała obca kobieta w kitlu.

“Kim pani jest? Gdzie moja córeczka?”

“Jestem lekarzem. Dziewczynka nie przeżyła. Ale będziesz miała jeszcze dzieci.”

Krzyczałam, aż uspokoiły mnie zastrzyki. Później poszłam na pogrzeb. Widziałam maleńką trumienkę. Ten obraz został ze mną na zawsze.

Minęły lata. Nie wyszłam za mąż, nie zostałam artystką. Chęć malowania umarła razem z córką. Nauczyłam się krawiectwa, pracowałam w fabryce.

Mama ciężko zachorowała. Pewnego dnia szepnęła:

“Kinga twoja córka żyje. To Weronika Marekówna So” nie dokończyła.

Uznałam to za majaczenie. Przecież sama pochowałam dziecko.

Po śmierci mamy otworzyłam małe atelier. Praca stała się ucieczką od samotności.

Ostatnio śniła mi się ciągle ta sama scena: piękna dziewczyna w beżowym płaszczu uśmiecha się do mnie.

Pewnego dnia do pracowni wszedł mężczyzna.

“Jestem Stanisław Kowalski, detektyw. Poznaje pani tę kobietę?”

Na zdjęciu była lekarka z tamtej nocy.

“Tak, to ona powiedziała mi, że dziecko nie żyje”

“Proszę się nie denerwować ale pani córka żyje. Pochowała pani cudze dziecko. Lekarka działała na zlecenie pani matki. Teraz, przed śmiercią, wyznała prawdę.”

“Gdzie ona jest? Jak ma na imię?”

“Weronika Marekówna Sosin.” W tej chwili drzwi się otworzyły. Weszła dziewczyna w jasnym płaszczu ta ze snu.

“Przepraszam, mamo” szepnęła. “Babcię wybaczmy. Wychowali mnie dobrzy ludzie. Zginęli w wypadku Nie wiedzieli, że nie jestem ich krwią. Ale czy mogę nazywać cię mamą Kingą?”

Minął rok. Dziś ślub Weroniki. Gdy rzucała bukiet, wpadł prosto w moje ręce.

“Mamo, teraz twoja kolej!” zaśmiała się.

Zobaczyłam obok Stanisława. Jego oczy mówiły wszystko.

“Kinga, wyjdź za mnie.”

Przeglądając życie, czasem wspominam Marka, ciążę, stratę. Przeszłam przez piekło, ale los wynagrodził mi cierpienie. Jestem szczęśliwa. Urodził nam się nawet wnuk

Rate article
Fajna Tajna
Przekładając karty życia