Niespodziewane spotkanie
Na jubileusz do Haliny Kazimierzawna zjechali się krewni i znajomi sześćdziesiąte urodziny to okazja nie byle jaka. Choć jeszcze nie staruszka, to i nie młódka, ale o sobie mówi z uśmiechem:
Jeszcze mam proch w prochownicach, nawet się podzielę! śmieje się serdecznie.
W kawiarni tłok mąż, dwaj synowie z żonami, krewni i koledzy z pracy, już dawno emeryci. Halina też niedawno pożegnała się z biurkiem głównej księgowej w firmie, gdzie przepracowała całe życie.
Nie mówię żegnajcie mówiła na pożegnaniu. Będę was odwiedzać. Choć nie wyobrażam sobie siedzenia w domu. Ale każdy kiedyś dochodzi do tego momentu
Koledzy szanowali Halinę dusza człowieka, zawsze pomoże, zawsze doradzi. Dyrektor żałował, że traci tak cennego pracownika, ale cóż wiek. Koledzy też żałowali:
Halinko, nie damy ci spokoju w domu, będziemy dzwonić! Kto nam podpowie, jak pani księgowa? żartowali, żegnając szefową.
Dzwonić, dziewczyny, dzwonić! odpowiadała.
Teraz wszyscy w kawiarni odświętni, uśmiechnięci. Jubilatka wygląda cudnie jakby odmłodniała, nie na odwrót. Suknia w kolorze kawy z mlekiem, eleganckie korale z prawdziwego kamienia, nawet buty na niedużym obcasie rzadkość ostatnimi czasy.
Mamo, jakaś ty piękna! chwalili synowie, wręczając ogromne bukiety róż.
Dziękuję, kochani całowała ich po kolei.
Uroczystość minęła wspaniale. Mąż, Kazimierz, nie spuszczał z żony oczu dziś była wyjątkowa. Razem przeżyli prawie czterdzieści lat, wychowali dwóch porządnych synów, teraz czas na życie dla siebie.
Kaziu, ty też się zwolnij, dość już tej pracy namawiała Halina.
Zobaczę, Halu. Nie wyobrażam sobie siedzenia w domu. Może do siedemdziesiątki jeszcze popracuję Pokolenie jesteśmy pracowite odpowiadał.
To prawda, pracowite pokolenie
Nazajutrz Halina wstała wcześnie goście jeszcze spali. Synowie z żonami, siostra z mężem, staruszka matka. Dom, który Kazimierz budował latami duży, dwupiętrowy, z ogrodem. Teraz cieszył, że jest miejsce dla wszystkich.
Halina krzątała się po kuchni. Goście wyjadą wieczorem, trzeba ich nakarmić. Synowie uwielbiają jej wiśniowe ciasto już się piekło.
Obudzą się, będą jeść myślała. Kocham gości, w domu tak cicho, tylko z Kaziem i mamą
Nagle usłyszała głos męża:
Halu, już nie śpisz? Sześćdziesiąt lat minęło, trzeba się oszczędzać! śmiał się. Ale komu ja mówię
Jakby ona mogła leżeć, gdy goście w domu! Zawsze wstawała wcześnie, gotowała śniadanie obfite, jak lubił Kazimierz.
Śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem mówił zwykle mąż.
A kolacja? pytała Halina.
Kolację też zjem sam! śmiali się oboje.
Goście już wstali, zebrali się w kuchni, śmiech i gwar.
Pięknie tu u was mówiła siostra Haliny, Danuta. Czysto, przytulnie, ogród jak marzenie.
A co ja? Bez Kazia bym nie dała rady poklepała męża po głowie.
Kazimierz uśmiechnął się.
Halina to mój motor. Razem możemy góry przenosić
Szczęściarze jesteście westchnęła Danuta.
To prawda. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Ciekawe, jakby to było, gdybyśmy się nie poznali?
Wszyscy wybuchnęli śmiechem historię ich spotkania znali wszyscy.
Tato, opowiedz! prosił młodszy syn. U ciebie zawsze barwniej wychodzi.
W czasach studenckich Kazimierz i Halina spotkali się w autobusie. On wracał z zajęć, wtłoczony między pasażerów, wertował notatki. Z Oliwią właśnie się pokłócił tydzień nie rozmawiali. Matce dziewczyna się nie spodobała.
Synku, coś mi się w niej nie podoba. Jakiś chytry wzrok mówiła.
Nagle ktoś dotknął jego ręki konduktorka.
Bilet proszę.
Wręczył pieniądze, dostał bilet i złotówkę reszty. Wsunął rękę do kieszeni
Halina jechała do akademika, patrzyła przez okno. Wieczorem z dziewczynami szły do kina. Konduktorka podała jej bilet, wsunęła go do lewej kieszeni prawa była zajęta przez jakiegoś faceta. Nagle poczuła, że czyjaś ręka sięga do jej kieszeni.
Łajdak! Moje ostatnie trzy złote! pomyślała ze złością.
Złapała nieznajomego za rękę.
Co robisz?! syknęła.
To moje pieniądze szepnął.
Jak to moje, skoro to moja kieszeń?! krzyknęła głośno.
Autobus podjeżdżał do przystanku. Halina zacisnęła palce, wyrwała banknot, przepchała się do wyjścia.
Uff, obroniłam swoje trzy złote! pomyślała.
Nagle przed nią stanął tamten mężczyzna. Otworzyła dłoń zamiast trzech złotych była jedna.
No i co, teraz rozumiesz? spytał z uśmiechem.
A co robiłeś w mojej kieszeni?
Pomyliłem się. Tłok jak w śledziowej beczce
Halina sięgnęła do kieszeni leżały tam jej trzy złote. Zarumieniła się, wybuchnęła śmiechem.
Walka o pieniądze twoje pieniądze!
Kazimierz patrzył, jak się śmieje taki urokliwy uśmiech, takie promienne oczy
Kazimierz wyciągnął rękę.
Halina.
Tak myślałem.
Dlaczego?
Bo jesteś taka jasna.
Autobus odjechał, oni stali i rozmawiali.
Wyszedłeś za mną czy po swoje złotówki?
To mój przystanek. Spotkamy się tu jutro?
O siódmej trzydzieści.
Ja zwykle śpię do ostatniej chwili Ale jutro nie zasnę!
Rozeszli się. Następnego dnia spotkali się znów. I już się nie rozstali.
No i tak z jednej złotówki urosła cała historia! śmiali się goście.
Spotkanie nie z tej ziemi
Kazimierz i Halina też się śmiali. Byli szczęśliwi, że tamtego dnia sięgnął do jej k



