Wszyscy we wsi znali i nie znosili Mieczysława z powodu jego nieznośnego charakteru. Był żonaty z Bogusią, cichą kobietą, lecz mającą swoje problemy. Nie mogła dać mężowi dzieci. Żyli razem dwanaście lat, a potomstwa wciąż nie było.
Aż nagle, jak grom z jasnego nieba Bogusia umarła. Jej matka wiedziała, że córka coś ją trapi, ale ta nigdy się nie skarżyła.
Córeczko, ostatnio źle wyglądasz pytała matka, gdy ta rzadko odwiedzała rodziców.
Nic, mamo, nic. Czasem osłabienie, głowa się kręci, ale poleżę i przejdzie. Nie martw się uspokajała ją córka.
Bogusia nie przywykła narzekać, zwłaszcza przed mężem. On nie znosił, gdy żona wzdychała o bólu głowy czy innych dolegliwościach.
Nie udawaj, znam was, baby! Wciąż wam coś dolega. Pracować się nie chce, to i narzekacie, żeby tylko od gospodarstwa uciec. Nikt cię tu nie będzie żałował! odpowiadał jej z wściekłością.
Po pogrzebie minął rok. Mieczysław żył sam, lecz myśl o ponownym ożenku nie dawała mu spokoju. Samotność ciążyła, choć przywykł żyć jak wilk. Rozglądał się za kobietami.
Żonę trzeba brać bez dzieci rozmyślał. Nie chcę cudzego bękarta. Ale kobiety w moim wieku same już z dziećmi. Trzeba młodszą… Choć która zechce za takiego iść?
Zdawał sobie sprawę, że jego charakter odstrasza sąsiadów. Przyjaciół nie miał. Wybór padł na Zosię. Niewyróżniająca się, cicha, pracowita dziewczyna, jak mysz polna.
Pewnego dnia czekał na nią koło domu:
Zosiu, chodź no tu! zawołał, gdy przechodziła obok.
Podniosła głowę, ujrzała Mieczysława w furtce i podeszła.
Dzień dobry szepnęła nieśmiało.
No cześć odburknął. Słuchaj, przyjrzałem ci się. Nie poszłabyś za mnie? Sam jestem, gospodarstwo mam solidne. Będzie nam dobrze, dzieci urodzisz. Potrzebuję następcy.
Oj, nie wiem Zosia zarumieniła się. Muszę z mamą porozmawiać.
No to się naradźcie. Wieczorem zajdę.
Wróciwszy do domu, wyznała matce:
Mamo, chyba wychodzę za mąż.
Jak to? Za kogo? Przecież nie masz nikogo!
Mieczysław dziś przyjdzie swatać się
Córko, on dużo starszy! Zastanów się. Ma trudny charakter. Nie bez powodu ludzie szeptają, że pierwszą żonę zagryzł harówką. Kto go tam rozumie
Mamo, co mam myśleć? Żadni kawalerowie się nie ustawiają, lata lecą. Może to tylko plotki
Zosia wyszła za Mieczysława. We wsi zawrzało. Jedni litowali się:
Daremnie poszła za niego. Okrutny jest, samotnik.
Inni mówili:
Dobra żona mu się trafiła. Cicha, będzie słuchać i harować.
Tak właśnie było. Mieczysław z sąsiadami żył w wiecznych sporach, teściową znosić nie mógł, rzadko pozwalał Zosi odwiedzać matkę.
Despota prawdziwy szeptała matka, gdy córka przychodziła ukradkiem, gdy mąż był w polu.
Mamo, wszystko dobrze. Znajdę do niego sposób. On krzyczy, a ja milczę. Tylko w duchu modlę się o cierpliwość.
O Boże, córuś, z takim zrzędą całe życie będziesz się modlić mówiła, ocierając łzy.
Lecz Zosia urodziła dwóch synów w ciągu pięciu lat. Nie żeby Mieczysław ich nie kochał może i kochał, ale po swojemu. Krzyczał na nich, klął jak pijany szewc. Matka uczyła chłopców:
Trzymajcie się z dala od ojca. Jak wpI choć życie Zosi wypełnione było ciężką pracą i milczeniem, w końcu nadeszły spokojne dni, gdy synowie zabrali ją do swego domu, a wspomnienie o Mieczysławie zbladło jak mgła o świcie.



