Pewnego późnego popołudnia w małym miasteczku Brzozy, rynek tętnił życiem jak zawsze w weekend sprzedawcy zachwalali swoje towary, mosiężny wiatraczek dzwonił przy straganie z rękodziełem, a liście wirowały figlarnie po wyboistych drogach. W powietrzu unosił się słodki zapach jabłek ze straganu i maślana woń świeżo upieczonych drożdżówek. W Brzozie wszyscy się znali mieli swoje ulubione brzoskwinie, żarty o pogodzie i miejsce na niskim kamiennym murku, gdzie o czwartej cień zegara przecinał rynek na pół.
Dziesięcioletni Kacper nie czuł, by którykolwiek z tych drobiazgów należał do niego.
Poruszał się na obrzeżach z wyćwiczoną cichością kogoś, kto nauczył się różnicy między byciem niewidzialnym a pomijanym. Niewidzialność to umiejętność; bycie pominiętym zagrożenie. Ściskał swoją cienką kurtkę i miał wzrok utkwiony w cel: drewnianą skrzynię sklepu na rogu, gdzie w słabym słońcu stały kartony mleka. Przyglądał się, jak kobieta kupuje jeden wsuwa go starannie do płóciennej torby z haftowanymi winoroślami rozmawiając przy tym z kwiaciarką o chryzantemach.
Była starsza, ale z klasą srebrna krótka fryzura, jasnoniebieski wełniany płaszcz i rękawiczki w kolorze śmietanki. Głos miała niski i spokojny, jakby wygładzał powietrze wokół niej. Mówili na nią pani Elżbieta Kowalska. Niektórzy dodawali: ta od dużego domu za Mostem Klonowym, z rodziny założycieli młyna czy hojna przy szpitalnym balu. Dla większości była instytucją jak biblioteka, wieża zegarowa czy klon, który co październik płonął czerwienią. Dla Kacpra była przez następne trzy minut



