**Dzisiaj, 15 maja**
Michaś w końcu zasnął dopiero o trzeciej w nocy. Siedziałam na skraju łóżka, zdrętwiała w niewygodnej pozycji ręka mi zesztywniała, ramię bolało, ale bałam się drgnąć. Synowi wyrzynały się zęby dziąsła były czerwone, ciągle wkładał piąstki do buzi i płakał tak, że serce mi się krajało.
Zdawało się, że nie spał od wieków. Wystarczyło spróbować położyć go do łóżeczka natychmiast się budził, jakby wyczuwał, że chcę uciec. Dopiero siedem miesięcy, a w tym czasie zdążyłam przeżyć nowe życie. Miłość, ból, niepokój, szczęście wszystko splotło się w ciasny węzeł, którego nie da się rozwiązać.
Gdy oddech syna się wyrównał, ostrożnie wstałam. W oknie naprzeciwko paliło się światło ktoś w naszej betonowej dziewięciopiętrówce też nie spał. Często zastanawiałam się, kto tam może inna zmęczona matka, jak ja? Bezsenność starego człowieka? Zakochana para? Kiedyś marzyłam, że z Jackiem kupimy swoje mieszkanie, że będę patrzeć z okna na swój podwórek. Ale te marzenia rozwiały się jak dym.
Trzy lata pracy przy kasie w Delikatesach i wszystkie oszczędności poszły w diabły. Najpierw pierwsza wpłata za kredyt, którego nigdy nie wzięliśmy. Potem remont w tym mieszkaniu, w którym mieszkałam z Anną Pawłowską, Jackową matką. Będzie przytulniej, mówił. Ale przytulniej zrobiło się tylko im.
Od kiedy przekroczyłam ten próg z walizką i głupią nadzieją na szczęście, nigdy nie poczułam się tu jak w domu.
Wszystko się ułoży, obiecywał Jacek półtora roku temu. Pobierzemy się latem, mówił, zanim zaszłam w ciążę. Trochę poczekamy, szeptał, gdy urodził się Michaś. Kiwałam głową. Wierzyłam. Czekałam. Ale pieczątka w dowodzie jakoś zawsze wydawała mu się zbędna.
Anna Pawłowska każdego ranka brzęczała kluczami w przedpokoju, szykując się do pracy w księgowości. W myślach nazywałam ją pieskiem salonowym drobna, kłótliwa, z wiecznie zadartym nosem. Ze mną rozmawiała tylko wtedy, gdy musiała, jakbym nie była matką jej wnuka, a tymczasową służącą. Gdy gotowałam, krzywiła się: Nie umiesz obchodzić się z jedzeniem. Gdy prałam: To drogie rzeczy. Ale zawsze z zatrutym uśmiechem.
Kasiu, podłogę byś umyła, mówiła w mój jedyny wolny dzień. Katarzyno, kupiłam twaróg dla Michasia, dodawała, choć nigdy nie prosiłam jej o zakupy.
Swojego pokoju nie zostawiała otwartego. W naszej nieobecności przeszukiwała nasze rzeczy. Pewnego razu zastałam ją, gdy grzebała w mojej szafie. Szukałam ręcznika, powiedziała bez cienia zażenowania.
Na kuchni panował osobny porządek. Jej talerze osobno, nasze osobno. Jej patelnia, jej garnek, jej trzepaczka. Nic wspólnego. Gdy Jacek się spóźniał, jadłam kolację w pokoju byle nie siedzieć z nią przy jednym stole.
A jednak jakoś wytrzymywaliśmy dzień za dniem, miesiąc za miesiącem. Przed narodzinami Michasia jeszcze mogłam uciec do pracy, do koleżanek, na spacer. A teraz? Z dzieckiem na rękach, z trzema stówami w portfelu i czterema tysiącami zasiłku na karcie.
Cicho zamknęłam drzwi i wyszłam do korytarza. Chciało mi się pić, głowa huczała od niewyspania druga nieprzespana noc z rzędu. Wczoraj Michaś obudził się o pół do drugiej i zasnął dopiero o piątej. A o dziesiątej rano znowu na nogach. Poruszałam się jak zombie, oczy piekły jak po piasku.
W kuchni paliło się światło. Anna Pawłowska jeszcze nie spała. Chciałam nalać wody i wyjść, ale nie zdążyłam zrobić kroku.
Jeszcze nie śpisz? odwróciła się teściowa. Znowu w telefonie siedzisz, widziałam światło pod drzwiami.
Michał źle śpi odpowiedziałam. Ząbki mu idą
Parsknęła. W tym dźwięku było wszystko niedowierzanie, sugestia, że wymiguję się od obowiązków, i za moich czasów pracowałam i dzieci wychowywałam.
Można ciszej? poprosiłam, wzdrygając się na dźwięk talerzy. Michaś dopiero zasnął.
Coś mignęło w jej oczach. Szarpnęła się w stronę zlewu, zgarbiła, a potem
Obróciła się do mnie. Twarz wykrzywiona, oczy zwężone. Postawiła filiżankę na stole z hukiem.
Ciszej? powtórzyła Anna Pawłowska. W swoim domu mam chodzić na palcach?
Oparłam się o futrynę. Siedem miesięcy bez snu. Siedem miesięcy życia na tych dziesięciu metrach, gdzie każdy krok jak po polu minowym.
Po prostu poprosiłam, żeby nie stukać naczyniami powiedziałam cicho.
A może po prostu nie umiesz dzieci usypiać? teściowa skrzyżowała ręce. Dwójkę wychowałam. I żadnych problemów z zębami nie było. I spały jak aniołki.
Zaciśnięte zęby. W pokoju spał mój syn, a tu, na tej maleńkiej kuchni, zbierała się burza. Cokolwiek powiem będzie źle. Milknę przyznam, że jestem złą matką. Odpowiem wywołam awanturę.
Chciałam tylko wody szepnęłam, sięgając po szklankę.
Oczywiście nie ruszyła się Anna Pawłowska. Zawsze ci tylko czegoś trzeba. Raz się położyć, raz w telefonie posiedzieć. A pracować to nie dla ciebie?
Zamarłam. Pracować? Z siedmiomiesięcznym dzieckiem, które nie śpi w nocy?
Wrócę do pracy, jak Michał skończy półtora roku powiedziałam stanowczo. Jak się umówiliśmy.
Umówiliśmy się przeciągnęła teściowa. Mój syn to z żelaza? On sam rodzinę utrzymuje. A ty tylko wydajesz. Te zasłony za ile? A wózek zagraniczny?
Patrzyłam na nią, nie wierząc własnym uszom. Zasłony za trzysta złotych? Wózek używany za tysiąc?
A tak przy okazji oczy Anny Pawłowskiej błysnęły. Zapłaciłaś kiedyś za mieszkanie? Za prąd? Ty tu tylko pasożytujesz. Nikt cię nie zapraszał. Jacek żył spokojnie, a ty
Coś we mnie pękło. Stałam, nie mogąc się ruszyć. Chciało się krzyczeć


