Cała wieś znała i nie lubiła Radosława za jego nieznośny charakter. Był żonaty z Zofią, spokojną kobietą, lecz miała pewien problem – nie mogła urodzić mężowi dzieci. Żyli razem dwanaście lat, a dzieci wciąż nie było.
I nagle, jak grom z jasnego nieba – Zofia umarła. Jej matka wiedziała, że córkę coś trapi, ale ta się nie skarżyła.
“Córeczko, jakoś ostatnio kiepsko wyglądasz” – pytała matka, gdy Zofia rzadko odwiedzała rodziców.
“Nic, mamo, nic. Czasem słabo mi się robi, głowa się kręci, ale poleżę trochę i przejdzie. Nie martw się” – uspokajała ją córka.
Zofia nie przywykła narzekać, zwłaszcza przed mężem. Ten nie znosił, gdy żona skarżyła się na ból głowy czy coś innego.
“Niczego nie udawaj, znam was, baby. Zawsze wam coś dolega. Pracować wam się nie chce, więc się wymigujecie. Nie jęcz, nikt cię tu nie będzie żałował” – słyszała w odpowiedzi.
Po pogrzebie minął rok. Radosław żył sam, ale myśl o ponownym małżeństwie nie dawała mu spokoju. Samotnie mu źle, choć przywykł żyć jak wilk. Zaczął się rozglądać po kobietach.
“Żonę trzeba wziąć bez dzieci” – myślał – “Nie potrzebuję cudzego potomstwa. Ale wszystkie rówieśnice już z dziećmi. Trzeba młodszą, ale która zechce za mnie pójść?”
Rozumiał, że jego charakter nie podoba się sąsiadom. Wybór padł na Jadwigę. Skromną, pracowitą dziewczynę, która nikomu nie rzucała się w oczy.
Pewnego dnia niby przypadkiem na nią czekał.
“Jadziu, chodź no tu” – zawołał, gdy przechodziła koło jego domu.
Podniosła głowę i podeszła.
“Dzień dobry panu” – powiedziała cicho.
“Siema” – odburknął. – “Słuchaj, myślę o tobie. Poszłabyś za mnie? Sam jestem, gospodarka solidna. Będzie nam dobrze, dzieci urodzisz. Potrzebuję dziedzica.”
“Oj, nie wiem…” – zarumieniła się. – “Muszę z mamą porozmawiać.”
“No to rozmawiaj, a ja wieczorem wpadnę.”
Wróciła do domu i oznajmiła matce:
“Mamo, chyba wychodzę za mąż.”
“Za kogo?! Żadnego chłopaka przecież nie masz.”
“Dziś Radosław przyjdzie się oświadczyć…”
“Córciu, on przecież dużo starszy! Pomyśl dobrze. Ma paskudny charakter! Wszyscy gadają, że żonę do grobu zapędził – czy pracą, czy czymś gorszym. Kto go tam wie.”
“Co mam myśleć, mamo? Żadni zalotnicy się o mnie nie biją, a lata lecą. Może ludzie tylko plotkują…”
Jadwiga wyszła za Radosława. Cała wieś komentowała. Jedni ją żałowali:
“Młoda głupia poszła, okrutny z niego człowiek.”
Drudzy mówili:
“Radosławowi się poszczęściło. Cichą wziął, będzie mu w domu posłuszna.”
I taka była prawda. Radosław z sąsiadami wciąż się kłócił, nawet teściową gardził, a Jadwidze rzadko pozwalał do matki iść.
“Tyran prawdziwy” – wzdychała matka, gdy córka czasem się wymknęła, gdy męża nie było.
“Mamo, wszystko w porządku. Znajdę do niego sposób. Nawrzeszczy, a ja cicho zniosę. Tylko w duszy modlę się o cierpliwość.”
“Och, córuś, z takim zrzędą to całe życie modlić się będziesz” – mówiła matka, ocierając łzy.
Ale Jadwiga urodziła dwóch synów w ciągu pięciu lat. Nie że Radosław ich nie kochał, ale na swój sposób. Wrzeszczał na nich, klął jak szewc. A matka ich uczyła:
“Trzymajcie się od ojca z daleka, bo jeszcze w gniewie was skrzywdzi.”
Chłopcy szybko zrozumieli – lepiej być jak najdalej. Gdy podrośli, Radosław wciąż był niezadowolony.
“Gdzie te lenie się włóczą? W domu roboty pełno, a oni biegają! To ty ich tak wychowałaś!” – wrzeszczał na całe podwórze.
Jadwiga przywykła. Machała ręką i milczała. Młodsza od męża, lecz mądrzejsza. To na niej trzymało się gospodarstwo. A Radosław coraz częściej zaglądał do kieliszka i awanturował się. Sąsiedzi omijali go szerokim łukiem.
“Jak wy mi wszyscy dokuczacie! – Rozlegało się w całej wsi – “Ja haruję, a wy tylko wydajecie!”
Jadwiga czasem odcięła się:
“Sam chciałeś żonę, sam chciałeś dzieci, to czego teraz jęczysz?”
Ale lepiej było milczeć, bo nie dało się go uciszyć.
“Jak ty to znosisz?” – płakała matka – “Ja bym dawno uciekła!”
“O dzieci mi chodzi, mamo. Niech sobie krzyczy, już mnie nie rusza. Wytrzymam dla synów.”
Sąsiedzi też dziwili się jej cierpliwości.
Synów nie trzymał długo. Po szkole wyjechali do miasta – do technikum, potem praca w fabryce. Do domu prawie nie wracali.
“Mamo, nie gniewaj się, że rzadko odwiedzamy. Z ojcem nie ma co gadać, tylko krzyk i złość.”
Starszy obiecywał:
“Jak się ożenię, zabiorę cię do miasta.”
“Nie, synku. Tu moje miejsce. Wy przyjeżdżajcie.”
Więcej czasu spędzali u babci. A Radosław wrzeszczał jeszcze bardziej.
“Sam mówisz, że ci wszyscy dokuczają – mówiła cicho Jadwiga – to żyj sobie w spokoju.”
“Ty mi też dokuczasz! Chcę tylko poleżeć! Widzę, jak na mnie patrzysz!”
“Uspokój się, Radosławie. Jak patrzę? Normalnie.”
“Zmęczony jestem. Żebym mógł tylko leżeć…”
“No to leż – odparła żona – słowa nie powiem, tylko nie drzyj się.”
Pewnego ranka Jadwiga weszła do domu po dojeniu krów. Cisza. Mąż nie wstał. Weszła do sypialni, zapaliła światło – leżał na podłodze. Nie mówił nic, tylko stękał.
Lekarz stwierdził udar.
Z hałaśliwego gbura Radosław stał się bezradnym starcem. Lekarze nie rokowali dobrze.
“No, Radosławie, marzyłeś o spokoju – mówiła Jadwiga, układając go w kącie – masz swój spokój. Chciałeś tylko leżeć – to teraz będziesz leżał.”
Patrzyła na jego nieruchomą twarz. Nawet jej słów już nie słyszał.
Matka tylko westchnęła:
“Strzeżonego Pan Bóg strzeJadwiga opiekowała się nim do końca, a gdy odszedł, wreszcie odetchnęła z ulgą, znajdując spokój w otoczeniu synów i wnuków, którzy otoczyli ją ciepłem i miłością.



