To był koszmar. Cztery dni wcześniej moja żona zmarła przy porodzie naszej córki. Wciąż nie mogłem uwierzyć w to, co się stało: Kasia nawet nie zdążyła przytulić naszego dziecka. Chciałem tylko wrócić do domu.
Czy to na pewno pana dziecko? zapytała ostro pracownica odprawy.
Oczywiście, że tak. Ma zaledwie cztery dni. Proszę mnie przepuścić odparłem, głos mi drżał ze zmęczenia i irytacji.
Przykro mi, ale nie może pan wejść na pokład. Dziecko jest za małe powiedziała chłodno.
Nie wierzyłem własnym uszom. Co pani mówi?! Mam tu zostać, uwięziony? Nie mam nikogo w tym mieście. Właśnie straciłem żonę! Muszę dziś wrócić do domu!
To przepisy, proszę pana odrzekła i odwróciła się do kolejnego pasażera.
Poczułem się całkowicie bezsilny. Nie było słów, które opisałyby mój ból. Uzyskanie dokumentów zajęłoby dni a ja nie miałem gdzie iść ani do kogo się zwrócić. Zostałem sam z noworodkiem.
Pogodziłem


