Dom na skraju bagienca
Kasia stała pośrodku zarośniętego podwórza, po pas w łopianie i pokrzywach, i patrzyła na pochyloną chatę z odłupioną tabliczką: w. Bagienne, ul. Leśna, 1. Powietrze pachniało bagnem, mokrym drewnem i wspomnieniami.
Jako dziecko spędzała tu każde lato u babci Weroniki surowej staruszki z srebrnym warkoczem i donośnym głosem. Piekała pierogi z jagodami, parzyła ziołową herbatę, umiała czytać sny i szeptać na kurzajki. Tu mieszkają leśne duchy mawiała babcia. Nie skrzywdzą, jeśli przychodzisz z dobrym sercem. Kasia wtedy wierzyła.
Teraz miała 31 lat. I znów tu była. Po dziesięciu latach z Markiem, który odszedł do młodej trenerki fitness, i pracy w korporacji, która wycisnęła z niej życie jak cytrynę, Kasia nagle zrozumiała: jeśli teraz nie zawróci, będzie za późno. I zawróciła. Prostą w polną drogę.
Dom dostała po babci. Matka chciała sprzedać go za grosze sąsiadowi-myśliwemu, ale Kasia odmówiła. Powiedziała: sama się tym zajmie. Znowu swoje rzuciła matka.
Pierwszego dnia Kasia tylko myła podłogi. Z drewnianych desek spływała czarno-zielona maź, jakby dekady zmęczenia znikały w wiadrze. Potem wyczyściła piec, otarła kurz z obrazów, przegoniła myKasia zamknęła oczy, uśmiechając się do zapachu babcinego sianka i dźwięku świerszczy za oknem, wiedząc, że w końcu znalazła miejsce, gdzie jej serce może spokojnie bić.



