**Spotkanie na moście**
Opadłe jesienne liście wirowały w powietrzu, niesione przez wiatr, by w końcu opaść na ziemię. Kacper wracał od rodziców pieszo zostawił samochód na ich podwórku, bo wypił z ojcem parę kieliszków. Tata wrócił właśnie z sanatorium i z zapałem opowiadał żonie i synowi, jak dobrze się tam czuł.
Więc, kochanie, następnym razem pojedziemy razem. Samemu było trochę nudno mówił, uśmiechając się.
Tato, przecież tam pełno wolnych kobiet! Mógłbyś się zabawić zażartował Kacper, zerkał przy tym na reakcję matki.
Kobiet wiele, ale wszystkie chore i starsze ode mnie. No i czyżbym miał zamienić naszą mamę na kogoś? odpowiedział ojciec, czule spoglądając na żonę.
Kacper zasiedział się u rodziców. Przyszedł sam Kinga, jak zwykle, nie chciała iść. Mieszkali niedaleko, więc droga nie była długa. Od pierwszego spotkania rodzice nie polubili Kingi, choć nie okazywali tego otwarcie. Tylko matka pewnego dnia powiedziała synowi:
Kacper, to nie dla ciebie Kinga nie jest stworzona do rodzinnego życia. Wierz mi, mam wyczucie.
Mamo, skąd wiesz? Przecież widziałaś ją tylko raz!
No dobrze, synku, żyjcie sobie. Ale kiedyś sobie o mnie przypomnisz. Cieszę się tylko, że na razie nie myślicie o ślubie. Nie martw się, Kinga i tak nie wyczuje naszego stosunku do niej
Tego ranka, wychodząc do pracy, Kacper powiedział Kindze, że po służbie wpadnie do rodziców ojciec wrócił z sanatorium.
Zadzwońmy później, co? Masz dziś wolne, spotkajmy się pod domem rodziców, wpadniemy na chwilę.
Nie mogę, Kacper. Obiecałam odwiedzić Kasię, wiesz, tę z pracy. Jest chora, na zwolnieniu. A po południu mam umówiony manicure, dawno się zapisałam odparła Kinga.
Kacper wiedział, że nie pójdzie, ale spytał tak, na wszelki wypadek.
No dobrze. To ja pewnie się trochę spóźnię. Tata na pewno nie puści mnie tak od razu, naleje sto gramów. Ma powód do świętowania zaśmiał się i, cmoknąwszy ją w policzek, wyszedł.
Nie śpiesz się, ja też posiedzę z Kasią odpowiedziała.
To zadzwoń, gdy będziesz wracać. Odprowadzę cię. Nie chcę, żebyś sama szła po ciemku.
Wieczór otulił miasto, a nieliczne latarnie słabo oświetlały ulice. Jesienne noce bywały wyjątkowo mroczne. Kacper nie dzwonił do Kingi pewnie już wróciła. Szedł w dobrym nastroju, trochę wypił z ojcem, pogadał z matką, pośmiali się.
Gdy otworzył drzwi mieszkania, usłyszał śmiech Kingi z sypialni. Zajrzał tam i zobaczył, jak jego najlepszy przyjaciel się ubiera, a żona mówiła:
Pośpiesz się, Marek, bo Kacper zaraz wróci, a to nam niepotrzebne urwała, gdy zobaczyła go w drzwiach.
Nogi same wyniosły go z mieszkania. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył:
Kinga z moim najlepszym kumplem Nawet w najgorszym śnie bym tego nie wymyślił
Czuł się okropnie. Szedł bez celu, nie wiedząc dokąd. Życie straciło sens. Zatrzymał się na moście. Samochody mijały go, światła reflektorów oślepiały. Spojrzał w dół. W dole była ciemność, woda. Długo się w nią wpatrywał. Nagle ktoś dotknął jego rękawa. Odwrócił głowę i zobaczył starszego mężczyznę w okularach, z siwą brodą. Drżący głos starca wyrwał go z zamyślenia.
Młody człowieku, czy nie uważa pan, że tutaj jest trochę za wysoko? Z zasady nie wtrącam się w cudze sprawy, ale mam nadzieję, że nie pomyślał pan o czymś złym skinął w stronę wody.
Kacper otrząsnął się i przeraził, że ktoś mógł pomyśleć, że
Ależ skąd! Nie mam takich zamiarów odpowiedział stanowczo.
No to dobrze uśmiechnął się staruszek. W którą stronę pan idzie?
Jeszcze nie wiem. Spaceruję odparł Kacper.
To może mnie pan odprowadzi na drugą stronę? Mieszkam za parkiem, jeśli to nie kłopot poprosił.
Kacper przedstawił się młodzieniec.
A ja jestem Jan Witoldowicz.
Przeszli most, wcale nie taki długi, nad niewielką rzeką. Jan opowiadał, że jeszcze trzy lata temu wykładał ekonomię na uniwersytecie, ale teraz jest na emeryturze.
Trochę nudno w domu, zwłaszcza na początku. Ale dobrze, że moja wnuczka urodziła synka. Teraz mamy z Aliną mnóstwo zajęć z małym. Mieszkamy we trójkę a właściwie we czwórkę, bo jest jeszcze Jaś, mój prawnuk mówił z dumą.
Monotonny głos Jana działał na Kacpra uspokajająco.
Kacper, coś się stało stwierdził Jan, nie pytając. Dokąd pan idzie? Może niepotrzebnie pana prosiłem?
Nie wiem jeszcze. Do rodziców nie chcę, dopiero co od nich. A do domu tam nie chciał wracać do tej sceny.
Rozumiem. To może wpadniesz do nas? Mieszkamy we czwórkę, ale miejsca starczy. Codziennie wieczorem chodzę na spacer tą samą trasą: przez most i z powrotem.
Nie wypada tak późno Dziecko śpi wahał się Kacper.
Jasiu kładzie się spać po dziewiątej, a mamy jeszcze czas. Chodź.
Nie wiedział, dlaczego się zgodził. Może dlatego, że nie miał dokąd iść. Weszli cicho do mieszkania na trzecim piętrze, zdjęli kurtki i buty, przeszli do kuchni.
Siadaj, zrobimy herbatę powiedział gospodarz.
Dopiero teraz Kacper przyjrzał się swojemu towarzyszowi. Wysoki, postawny, z siwą brodą wyglądał jak profesor. Spokojnie wyjmował filiżanki, starając się nie hałasować. Na stole stała waza z ciasteczkami.
Dziadziu, a kto to? rozległ się dziecięcy głos. A ty kto? malec już patrzył na Kacpra.
Przed nim stał śliczny chłopiec, może trzyletni.
To Kacper, nasz gość przedstawił Jan.
A ja jestem Jaś! oznajmił dumnie i wyciągnął rączkę. Kacper uśmiechnął się, wzruszony.
Cześć, Jasiu powiedział. Nie śpisz jeszcze?
Nieee!



